HomeStandard Blog Whole Post

Ministerstwo Spraw Zagranicznych Litwy poinformowało, że w ramach złożonego fake newsa publikowano fake newsy, rzekomo powiązane z litewską dyplomacją. Dochodzenie w tej sprawie prowadzą już na Litwie odpowiednie służby. Hakerzy, którzy zaatakowali konto na Twitterze Tomasza Sakiewicza, stronę „Poland Daily” oraz portal Związku Polaków na Białorusi Znadniemna.pl, zablokowali także szefowi „GP” dostęp do tweetdecka – aplikacji do zarządzania Twitterem. Jak dowiedział się portal Niezalezna.pl – atak na powiązany z Telewizją Republiką serwis „Poland Daily” został dokonany z Rygi, stolicy Łotwy.

Rasa Jakilaitiene, rzeczniczka litewskiego ministra spraw zagranicznych, powiedziała, że fałszywa wiadomość została umieszczona na polskiej stronie internetowej.

Fałszywe wiadomości pojawiły się na Polanddaily.com. W zamieszczonym tam artykule znalazła się uwaga ministra Linkeviciusa, w której twierdził, że na Białoruś trzeba wysłać siły pokojowe – powiedziała rzeczniczka.

Rzeczniczka litwewskiego MSZ zwróciła uwagę, że dla podniesienia wiarygodności fake newsa w artykule pojawiała się także wzmianka na temat polskiego ministra spraw zagranicznych.

Ministerstwo Spraw Zagranicznych Litwy wydało oświadczenie zaprzeczające fałszywym informacjom. Potwierdzono, że odpowiednie służby wszczęły już w tej sprawie dochodzenie.

Jest wysoce prawdopodobne, że trwa cyberatak informacyjny, który jest obecnie badany przez władze litewskie – czytamy w komunikacie.

Redaktor naczelny „Gazety Polskiej” stracił dostęp do konta (zmieniono hasło), na którym wstawiono odnośnik do artykułu zamieszczonego na portalu Znadniemna.pl, który prowadzi Związek Polaków na Białorusi. Ów artykuł to także cyberprowokacja. Dowiadujemy się z niego, że „Polska i Litwa wzywają NATO do wysłania wojsk na Białoruś”.

Podrobiony artykuł na portalu „Poland Daily” nosił tytuł „Polska i Litwa naciskają na wysłanie wojsk na Białoruś”. Napisany był w języku angielskim i podobnie jak publikacja wrzucona na Znadniemna.pl, dezinformował o rzekomych naciskach Polski, Litwy i Stanów Zjednoczonych na NATO. W tekście pojawiły się też nazwiska ministra spraw zagranicznych Polski Zbigniewa Rau oraz Swiatłany Cichanouskiej. Na zdjęciu głównym umieszczono szefa litewskiej dyplomacji Linasa Linkevičiusa.

To nie pierwszy rosyjski atak na media związane ze „Strefą Wolnego Słowa”. Przypomnijmy: w maju 2020 r. portal Niezalezna.pl dwukrotnie padł ofiarą rosyjskich hakerów, którzy zmieniali treść naszych publikacji.

Na naszą stronę (a także na portale Telewizji Republika, Radia Szczecin, olsztyn24.pl oraz stronę gminy Orzysz, gdzie znajduje się garnizon) wstawiono artykuł pt. Amerykanie „chwalą” pobyt w Drawsku. „Jedyne czym mogą strzelić to gumki od majtek”

Gdy opublikowaliśmy informację o tym ataku, Rosjanie dokonali kolejnego włamania, zmieniając ją na „newsa”, że Niezalezna.pl przyznaje się do autorstwa wcześniejszego artykułu.

To nie koniec działań Moskwy przeciwko naszym mediom. Pod koniec maja na anglojęzycznym prorosyjskim portalu „The Duran” ukazał się „wywiad”, przeprowadzony rzekomo przez Katarzynę Gójską dla „Gazety Polskiej”. Rozmówcą wicenaczelnej tygodnika miał być amerykański generał broni Christopher G. Cavoli, dowódca sił amerykańskich w Europie. Nie trzeba chyba dodawać, że rozmowa, w której Cavoli twierdzi, że Polska i kraje bałtyckie są fatalnie zorganizowane pod względem militarnym, została w całości wymyślona.

Znadniemna.pl za niezalezna.pl

Ministerstwo Spraw Zagranicznych Litwy poinformowało, że w ramach złożonego fake newsa publikowano fake newsy, rzekomo powiązane z litewską dyplomacją. Dochodzenie w tej sprawie prowadzą już na Litwie odpowiednie służby. Hakerzy, którzy zaatakowali konto na Twitterze Tomasza Sakiewicza, stronę „Poland Daily” oraz portal Związku Polaków na

Po siedmiodniowym pobycie na rodzinnej Grodzieńszczyźnie i w innych regionach Białorusi Andrzej Poczobut przekroczył granicę w Kuźnicy. Jego pobyt za wschodnią granicą Polski był pierwszym od uwolnienia z kolonii karnej i stał się ważnym spotkaniem z miejscami oraz ludźmi, którym przez lata poświęcał swoją pracę i zaangażowanie.

Tydzień spędzony na Białorusi był dla Andrzeja Poczobuta powrotem do świata, który przez ponad pięć lat widział tylko w myślach. Po wyjściu z więzienia w kwietniu zapowiadał, że wróci na Grodzieńszczyznę – nie z powodów osobistych, lecz dlatego, że „to sprawa, której poświęcił znaczącą część życia”. I słowa dotrzymał. W Grodnie, Mińsku, Wołkowysku, Kobryniu, Baranowiczach i Sopoćkiniach spotykał się z mieszkającymi w tych miejscowościach Polakami, odwiedzał miejsca pamięci, groby powstańców styczniowych i żołnierzy września 1939 roku.

Towarzysząca mu Andżelika Borys podkreślała, że jego obecność była dla rodaków na Białorusi czymś więcej niż wizytą – była znakiem, że nie zostali zapomniani. Andrzeja wszędzie witano serdecznie, pytano o zdrowie, o to, jak wytrzymał więzienie. Dziękowano mu za lata pracy na rzecz polskich środowisk w kraju. „Jego przyjazd miał ogromne znaczenie nie tylko dla działaczy, ale dla wszystkich Polaków mieszkających na Białorusi” – mówiła Borys.

Poczobut odwiedził także miejsca szczególnie ważne dla polskiej historii: Jeziory nad Białym Jeziorem, mogiłę powstańców styczniowych, cmentarz w Iwieńcu, gdzie spoczywają Kazimierz i Łucja Dzierżyńscy – współpracujący w czasach wojny z Armią Krajową. W Grodnie Poczobut pojawił się w biurze zdelegalizowanego przez władze Związku Polaków na Białorusi, aby zobaczyć, jak funkcjonuje organizacja, której poświęcił wiele lat życia.

We wtorek, 15 września, były więzień reżimu Łukaszenki wrócił do Polski. W mediach społecznościowych poinformował, że przekroczył granicę w Kuźnicy. Przed nim kolejne plany – wyjazd do Stanów Zjednoczonych i Kanady oraz praca nad książką, w której chce opisać swoje więzienne doświadczenia.

Znadniemna.pl na podstawie radio.bialystok.pl oraz wiadomości.radiozet.pl, na zdjęciu: Andrzej Poczobut przed pomnikiem Elizy Orzeszkowej w Grodnie fot.: facebook.com/andrzej.poczobut.9

Po siedmiodniowym pobycie na rodzinnej Grodzieńszczyźnie i w innych regionach Białorusi Andrzej Poczobut przekroczył granicę w Kuźnicy. Jego pobyt za wschodnią granicą Polski był pierwszym od uwolnienia z kolonii karnej i stał się ważnym spotkaniem z miejscami oraz ludźmi, którym przez lata poświęcał swoją pracę

Gdy 15 września 1967 roku na ekrany wszedł czarno-biały, 78-minutowy film Sylwestra Chęcińskiego, nikt nie przypuszczał, że „Sami swoi” staną się jednym z najważniejszych świadectw kresowej pamięci. Pod komediową warstwą kryła się historia ludzi wyrwanych zza Buga, zmuszonych do budowania życia od nowa. Dziś, w 59. rocznicę premiery, film wciąż brzmi jak ciepłe, nostalgiczne echo utraconych stron rodzinnych.

„Sami swoi” to film, który – choć śmieszy – przede wszystkim wzrusza. W 1967 roku widzowie zobaczyli na ekranie Pawlaków i Kargulów – Kresowiaków przesiedlonych na Ziemie Odzyskane. Ich kłótnie, pojednania, upór i serdeczność były czymś więcej niż komediową maską. To była prawda o tysiącach rodzin, które musiały zostawić swoje domy, sady, cerkwie i kościoły, a potem próbować odnaleźć się w świecie, który nie pachniał już tak jak Wołyń, Polesie czy Wileńszczyzna.

Historia obu rodzin nie była wymysłem scenarzysty. Andrzej Mularczyk sięgnął po opowieści swojego stryja Jana – człowieka, który stał się pierwowzorem Kazimierza Pawlaka i częściowo Jaśka. Dzięki temu film ma w sobie autentyczność, której nie da się podrobić. To nie jest komedia „o Kresach”, lecz komedia „z Kresów”, wyrastająca z prawdziwych wspomnień, bólu i humoru, który pomagał przetrwać.

Wacław Kowalski, odtwórca roli Pawlaka, sam pochodził z Kresów. Wniósł do granej przez siebie postaci nie tylko charakterystyczny sposób mówienia, ale też powiedzonka i gesty zapamiętane z rodzinnych stron. To dlatego jego „Czyś ty oczadział?” weszło do języka codziennego – bo brzmiało jak zdanie zasłyszane na kresowym podwórku, a nie jak kwestia napisana w scenariuszu.

Choć film jest komedią, jego konstrukcja przypomina „Zemstę” Fredry. Filmoteka Narodowa zwraca uwagę na to nawiązanie: dwóch sąsiadów, niczym Cześnik i Rejent, prowadzi wieloletnią, absurdalną wojnę, choć los skazuje ich na wspólne życie. Ten literacki sznyt dodaje opowieści lekkości, ale nie odbiera jej głębi.

Zdjęcia do filmu kręcono w Dobrzykowicach, Lubomierzu, Czernicy Wrocławskiej i Strzeblowie. Lubomierz do dziś żyje tym kultowym filmem – organizuje Ogólnopolski Festiwal Filmów Komediowych, a w miasteczku można znaleźć ślady Pawlaków i Kargulów na każdym kroku. Mało kto pamięta, że początkowo Pawlaka miał zagrać Jacek Woszczerowicz. Choroba aktora sprawiła jednak, że rolę otrzymał Kowalski – i trudno dziś wyobrazić sobie jako Pawlaka kogokolwiek innego.

„Sami swoi” musieli przejść przez sito cenzury. Jedna ze scen została usunięta i zniszczona, a Filmoteka Narodowa – Instytut Audiowizualny (FINA) przypomina, że jej los pokazuje drogę, jaką polskie filmy musiały przejść w PRL, zanim trafiły do kin. A jednak mimo tych przeszkód film zdobył serca widzów. Doczekał się dwóch kontynuacji („Nie ma mocnych”, „Kochaj albo rzuć”) oraz prequela „Sami swoi. Początek” z 2024 roku, który wraca do wcześniejszych losów rodzin na Kresach.

Warto pamiętać, że film był pierwotnie czarno-biały. Dopiero na przełomie 2000 i 2001 roku poddano go koloryzacji. Widać w nim też drobne błędy montażowe – przesuwający się ślad jajka na ścianie, zmieniające się ubranie Witi czy zegar na dworcu pokazujący różne godziny. Te drobiazgi nie przeszkadzają jednak w odbiorze. Przeciwnie – dodają filmowi uroku, jakby podkreślając, że jest opowieścią z czasów, gdy kino było bardziej rękodziełem niż przemysłem.

I może właśnie dlatego „Sami swoi” znajdują się dziś na Liście Polskiego Dziedzictwa Filmowego. Bo pod warstwą humoru kryła się opowieść o powojennej wędrówce Polaków zza Buga. O ludziach, którzy stracili swoje rodzinne strony, ale nie stracili siebie. O pamięci, która – jeśli jest opowiadana z miłością – potrafi ocalić świat, którego już nie ma.

Opr. Emilia Kuklewska/Znadniemna.pl, na zdjęciu: pomnik Kargula i Pawlaka w Dobrzykowicach, nawiązujący do sceny, w której Pawlak woła do Kargula: „Podejdź no do płota, jako i ja podchodzę…”, fot.: Marta Miniewicz/facebook.com/stowarzyszenieTUiTAM

Gdy 15 września 1967 roku na ekrany wszedł czarno-biały, 78-minutowy film Sylwestra Chęcińskiego, nikt nie przypuszczał, że „Sami swoi” staną się jednym z najważniejszych świadectw kresowej pamięci. Pod komediową warstwą kryła się historia ludzi wyrwanych zza Buga, zmuszonych do budowania życia od nowa. Dziś, w

Papież Leon XIV przyjął dymisję archimandryty Jana Sergiusza Gajka (MIC) i mianował ojca Lawoncjusza (Aleksandra) Tumowskiego (MSU) nowym administratorem apostolskim dla wiernych obrządku bizantyjskiego na Białorusi. Decyzja ta oznacza zmianę pokoleniową na czele struktur tamtejszego Kościoła grekokatolickiego.

Oficjalny komunikat Stolicy Apostolskiej kończy trwającą ponad trzy dekady epokę w historii odrodzenia białoruskiego Kościoła grakokatolickiego. Ustępujący z urzędu o. Jan Sergiusz Gajk ze Zgromadzenia Księży Marianów złożył prośbę o zwolnienie z obowiązków ze względu na osiągnięcie wieku emerytalnego. Jego następcą na czele Administratury Apostolskiej, powołanej do życia wiosną 2023 roku, został 53-letni zakonnik z Zakonu Reguły Studyjskiej (studyta).

Kim jest nowy administrator apostolski?

Ojciec Lawoncjusz Tumowski urodził się 9 lipca 1973 roku w Połocku. W maju 1995 roku wstąpił do klasztoru mnichów studytów przy Ławrze Uniowskiej na Ukrainie, gdzie w 2000 roku złożył śluby wieczyste. Ukończył studia filozoficzno-teologiczne we Lwowie (Lwowskie Wyższe Seminarium Duchowne oraz Ukraiński Uniwersytet Katolicki) z tytułem magistra teologii. W latach 2008–2018 kontynuował naukę w Rzymie, uzyskując licencjat oraz doktorat z teologii w Papieskim Instytucie Wschodnim.

Święcenia kapłańskie przyjął 18 maja 2003 roku. W swojej dotychczasowej posłudze pełnił m.in. funkcję przełożonego monasteru świętych Borysa i Gleba w Połocku (2003–2008), wiceprzewodniczącego (wicedziekana) parafii Białoruskiego Kościoła Grekokatolickiego (2004–2006) oraz dziekana Wschodniego Protoprezbiteriatu (2006–2008). Odpowiadał również za duszpasterstwo ukraińskich grekokatolików w Grecji (2015), a od 2022 roku opiekował się wiernymi Białoruskiego Kościoła Grekokatolickiego w Polsce.

Koniec epoki archimandryty Gajka

Ustępujący ze stanowiska o. Jan Sergiusz Gajk stał na czele odrodzenia struktur unickich na Białorusi od lat 90. W 1994 roku papież Jan Paweł II mianował go wizytatorem apostolskim dla grekokatolików w tym kraju, a dwa lata później duchowny otrzymał godność archimandryty. Gdy ostatecznie sfinalizowano organizację struktur kościelnych i papież Franciszek utworzył 30 marca 2023 roku pełnoprawną Administraturę Apostolską, to właśnie archimandryta Gajk został jej pierwszym ordynariuszem.

Trudne dziedzictwo i odrodzenie

Katolicka wspólnota obrządku bizantyjskiego na Białorusi jest bezpośrednią spadkobierczynią Unii Brzeskiej z 1596 roku. Jej nowożytna historia wiąże się także z rokiem 1798, kiedy to utworzono eparchię mińską (dla Rusinów). W burzliwym 1939 roku metropolita lwowski abp Andrzej Szeptycki założył Egzarchat Białoruski, którego hierarchę papież Pius XII zatwierdził w 1941 roku jako administratora apostolskiego. Współczesne odrodzenie struktur grekokatolickich na Białorusi rozpoczęło się w 1988 roku, gdy wierni podjęli pierwsze kroki w celu oficjalnej rejestracji swoich parafii.

Znadniemna.pl na podstawie Vaticannews.va, na zdjęciu: nowo mianowany zwierzchnik białoruskich grekokatolików o. Lawoncjusz (Aleksander) Tumowski i jego poprzednik o. Jan Sergiusz Gajk, fot.:  Vaticannews.va

Papież Leon XIV przyjął dymisję archimandryty Jana Sergiusza Gajka (MIC) i mianował ojca Lawoncjusza (Aleksandra) Tumowskiego (MSU) nowym administratorem apostolskim dla wiernych obrządku bizantyjskiego na Białorusi. Decyzja ta oznacza zmianę pokoleniową na czele struktur tamtejszego Kościoła grekokatolickiego. Oficjalny komunikat Stolicy Apostolskiej kończy trwającą ponad trzy dekady

W słowie pasterskim, opublikowanym z okazji obchodzonego dzisiaj, 14 września, Święta Podwyższenia Krzyża Świętego oraz  1700. rocznicy odnalezienia Krzyża Chrystusa metropolita mińsko‑mohylewski abp Józef Staniewski przypomniał wiernym, że krzyż jest nie tylko centralnym symbolem chrześcijaństwa, lecz także duchowym fundamentem, który przez wieki kształtował tożsamość narodów Europy Wschodniej, w tym Białorusinów.

Hierarcha podkreślił, że w krzyżu zawiera się nadzieja, która nie zawodzi, ponieważ jest zakorzeniona w zwycięstwie Chrystusa nad śmiercią. W jego ocenie naród, który przechodzi przez doświadczenia trudne i bolesne, potrzebuje tego znaku bardziej niż kiedykolwiek.

Święto Podwyższenia Krzyża Świętego ma swoje korzenie w IV wieku, kiedy to św. Helena, matka cesarza Konstantyna, odnalazła w Jerozolimie relikwie Krzyża. Wydarzenie to stało się impulsem do ustanowienia liturgicznego wspomnienia, które w Kościele szybko nabrało charakteru teologicznego: nie jest to święto „pamiątki”, lecz celebracja tajemnicy krzyża jako narzędzia zbawienia. W tradycji wschodniej i zachodniej krzyż jest ukazywany jako drzewo życia, które odwraca los człowieka — tam, gdzie Adam utracił życie przez nieposłuszeństwo, Chrystus przywraca je przez posłuszeństwo aż do śmierci.

Właśnie ten wymiar teologiczny zawarty jest w słowach abp. Staniewskiego. Metropolita przypomniał, że krzyż nie jest symbolem cierpienia dla cierpienia, lecz znakiem miłości, która zwycięża. Wskazał, że Białorusini, którzy w ostatnich latach doświadczyli wielu prób, powinni w krzyżu odnajdywać nie tylko pocieszenie, lecz także duchową siłę do budowania przyszłości. Krzyż — napisał — jest znakiem, który jednoczy, ponieważ wskazuje na prawdę o człowieku: że jego godność nie zależy od okoliczności politycznych, lecz od tego, że jest stworzony i odkupiony przez Boga.

W tradycji Kościoła Święto Podwyższenia Krzyża Świętego zawsze było momentem, w którym wierni zatrzymywali się nad paradoksem chrześcijaństwa: nad tym, że narzędzie kaźni stało się znakiem triumfu. Dzieje Kościoła pokazują, że krzyż towarzyszył wspólnotom w czasach prześladowań, migracji, wojen i odbudowy. Dlatego — jak podkreślił abp Staniewski — również dziś krzyż pozostaje dla Białorusinów znakiem nadziei, która nie jest abstrakcyjna, lecz zakorzeniona w historii zbawienia i w doświadczeniu pokoleń.

Metropolita zachęcił wiernych, aby Święto Podwyższenia Krzyża stało się dla nich momentem duchowego odnowienia. Krzyż — mówił — nie jest ciężarem, który przygniata, lecz drogą, która prowadzi do życia. W tym sensie Białorusini nie mogą zapomnieć o krzyżu, bo w nim znajduje się źródło nadziei, która pozwala przetrwać czas próby i patrzeć w przyszłość z ufnością.

Znadniemna.pl na podstawie Catholicminsk.by, zdjęcie ilustracyjne, źródło: moja-pielgrzymka.eu

W słowie pasterskim, opublikowanym z okazji obchodzonego dzisiaj, 14 września, Święta Podwyższenia Krzyża Świętego oraz  1700. rocznicy odnalezienia Krzyża Chrystusa metropolita mińsko‑mohylewski abp Józef Staniewski przypomniał wiernym, że krzyż jest nie tylko centralnym symbolem chrześcijaństwa, lecz także duchowym fundamentem, który przez wieki kształtował tożsamość narodów

W zimowym semestrze roku akademickiego 2025/2026 na polskich uczelniach kształciło się 10 710 obywateli Białorusi – wynika z oficjalnych danych Ministerstwa Nauki i Szkolnictwa Wyższego. Choć to wciąż jedna z największych grup cudzoziemców w Polsce, w porównaniu z rokiem poprzednim liczba białoruskich studentów w kraju nad Wisłą spadła. Wtedy – według GUS – studiowało ich 12,2 tysiąca.

W najnowszych danych resortu nauki, przekazanych w odpowiedzi na zapytanie wiceprzewodniczącego Zjednoczonego Gabinetu Przejściowego Białorusi Pawła Łatuszki, wskazano, że największe skupiska białoruskich studentów znajdują się w największych polskich ośrodkach akademickich. Najwięcej osób z Białorusi studiuje na Uniwersytecie Warszawskim – 490. Nieco mniej na Uniwersytecie Marii Curie-Skłodowskiej w Lublinie (486) oraz Uniwersytecie im. Adama Mickiewicza w Poznaniu (453). Popularnością cieszą się także Polsko-Japońska Akademia Technik Komputerowych (405) i Uniwersytet Jagielloński (391).

Szczególne miejsce w obecności Białorusinów na polskich uczelniach zajmuje edukacja medyczna: co najmniej 566 studentów z Białorusi kształci się na kierunkach lekarskich i pokrewnych. To szczególnie istotne w kontekście ostrego deficytu lekarzy na samej Białorusi. W polskich instytucjach akademickich pracuje również 54 białoruskich naukowców i badaczy.

Dane z raportu RAD-on potwierdzają, że rok 2024/2025 był okresem spadku liczby studentów z Białorusi – o 414 osób w porównaniu z rokiem wcześniejszym. To pierwszy tak wyraźny regres po latach stabilnego wzrostu. Eksperci wskazują, że zmiana ta może być związana z nowymi zasadami rekrutacji oraz ograniczeniami administracyjnymi.

Przedstawiciele Zjednoczonego Gabinetu Przejściowego Białorusi podkreślają, że wybór polskich uczelni przez młodych Białorusinów jest świadomą decyzją o zdobywaniu europejskiej, nieupolitycznionej edukacji. Paweł Borkowski, odpowiedzialny w strukturach Gabinetu za kwestie tożsamościowe, kulturowe, edukacyjne i długofalowe procesy odbudowy państwa po zmianach demokratycznych, zwraca uwagę, że na największych uczelniach tworzą się liczne ziomkostwa, które mogą stać się przyszłym kapitałem dla demokratycznej Białorusi. Jednocześnie ostrzega przed negatywnym trendem spadkowym, licząc na to, że nie utrzyma się on w kolejnych latach.

Paweł Łatuszka podkreśla z kolei, że tysiące młodych Białorusinów zdobywających wykształcenie w Polsce to „znaczący intelektualny potencjał dla przyszłości kraju”, który mógłby rozwijać się w ojczyźnie, gdyby nie represyjna polityka władz w Mińsku. Szczególną uwagę zwraca na ponad pół tysiąca studentów kierunków medycznych, którzy – gdyby warunki polityczne na Białorusi były inne – mogliby zasilić tamtejszą służbę zdrowia.

Znadniemna.pl na podstawie Zjednoczony Gabinet Przejściowy Białorusi, zdjęcie ilustracyjne

W zimowym semestrze roku akademickiego 2025/2026 na polskich uczelniach kształciło się 10 710 obywateli Białorusi – wynika z oficjalnych danych Ministerstwa Nauki i Szkolnictwa Wyższego. Choć to wciąż jedna z największych grup cudzoziemców w Polsce, w porównaniu z rokiem poprzednim liczba białoruskich studentów w kraju

Świątynia św. Szymona i św. Heleny w Mińsku – jeden z najbardziej rozpoznawalnych symboli katolickiej obecności w centrum miasta – od czterech lat pozostaje zamknięta po pożarze wywołanym przez nieznanych sprawców. Mimo widocznego postępu robót państwo nadal nie przekazuje wiernym żadnych oficjalnych informacji o przebiegu rekonstrukcji ani o tym, na jakich zasadach kościół miałby zostać zwrócony parafii. W praktyce jedynym źródłem wiedzy pozostają ogłoszenia publikowane w systemie zamówień publicznych, które pozwalają odtworzyć rzeczywisty stan zaawansowania prac.

Najświeższe ogłoszenie wskazuje, że inwestycja weszła w etap prac wykończeniowych. Wykonawca poszukuje podwykonawcy do montażu szklanego daszku nad wejściem do podziemi, metalowych schodów oraz ogrodzeń wewnętrznych. To elementy pojawiające się dopiero wtedy, gdy zasadnicze prace konstrukcyjne są zakończone. Harmonogram przewiduje rozpoczęcie robót w październiku i ich zakończenie w ciągu dwóch miesięcy, co potwierdza, że obiekt jest bliski finalizacji.

Jednocześnie ujawnione zmiany w pierwotnym projekcie rekonstrukcji budzą uzasadniony niepokój wiernych. Z dokumentacji wynika, że pomieszczenie kancelarii parafialnej na parterze zostało przekształcone w hol, bez wskazania alternatywnego miejsca dla biura parafii. To nie jest drobna korekta – kancelaria stanowi podstawowy element funkcjonowania każdej parafii, miejsce kontaktu wiernych z duszpasterzami, prowadzenia dokumentacji i organizacji życia wspólnoty. Jej usunięcie z planu może oznaczać zmianę modelu działania parafii albo ograniczenie jej autonomii.

Jeszcze bardziej znacząca jest zmiana w podziemiach, gdzie dwa pomieszczenia przeznaczone na zajęcia formacyjne dla dorosłych zastąpiono magazynami na sprzęt gospodarczy. W praktyce oznacza to rezygnację z przestrzeni, która miała służyć życiu wspólnotowemu i edukacji religijnej. Jeśli nie przewidziano dla tych funkcji innych pomieszczeń, może to wskazywać na zamiar ograniczenia działalności duszpasterskiej w Czerwonym Kościele po jego ponownym otwarciu.

Wszystkie te sygnały pojawiają się w momencie, gdy do planowanego oddania obiektu do użytku pozostają cztery miesiące. Zgodnie z harmonogramem kościół ma zostać otwarty w styczniu 2027 roku. Mimo to wierni nadal nie wiedzą, czy będą mogli wrócić do swojej świątyni ani czy parafia zachowa dotychczasowy zakres działalności. W parafii trwa modlitwa o jak najszybszy zwrot kościoła i możliwość sprawowania w nim sakramentów. Co znamienne, do modlitwy po niedzielnych Mszach wzywa głównie wikariusz; z kolei proboszcz w swoich ogłoszeniach rzadko wspomina o świątyni, co wierni odbierają jako sygnał niepewności lub wywieranej na niego presji.

Wrzesień 2026 roku przynosi bolesną rocznicę – mijają cztery lata od zamknięcia Czerwonego Kościoła po ataku nieznanych sprawców, który doprowadził do pożaru i rozpoczął najdłuższy, po czasach sowieckich, okres niedostępności tej świątyni dla wiernych w jej historii. Dziś, mimo widocznego postępu prac, przyszłość kościoła pozostaje niejasna, a wprowadzone zmiany w projekcie każą pytać, czy rekonstrukcja jest wyłącznie technicznym odnowieniem zabytku, czy też elementem szerszego planu dotyczącego roli parafii w centrum Mińska.

Znadniemna.pl na podstawie Katolik.life, fot.: Katolik.life

Świątynia św. Szymona i św. Heleny w Mińsku – jeden z najbardziej rozpoznawalnych symboli katolickiej obecności w centrum miasta – od czterech lat pozostaje zamknięta po pożarze wywołanym przez nieznanych sprawców. Mimo widocznego postępu robót państwo nadal nie przekazuje wiernym żadnych oficjalnych informacji o przebiegu

Na dawnych Kresach Wschodnich, szczególnie na terenach dzisiejszej Białorusi, dzień świętych Prota i Hiacynta – obchodzony 11 września – przez stulecia pełnił rolę ważnego punktu orientacyjnego w ludowym kalendarzu rolniczym. W tradycji polskiej obecnej na Grodzieńszczyźnie, Polesiu i Wileńszczyźnie Hiacynt funkcjonował jako Jacek, a jego wrześniowe święto obrosło siecią powiedzeń, które łączyły obserwację nieba z doświadczeniem życia na pograniczu kultur.

W kulturze ludowej Kresów dzień 11 września był momentem, w którym zaczynano „czytać jesień”. Rolnicy, żyjący w rytmie natury, traktowali wrześniowe znaki pogodowe jako wskazówki dotyczące nadchodzących miesięcy. Właśnie na ziemiach dzisiejszej Białorusi utrwaliły się przysłowia, które do dziś stanowią świadectwo dawnego sposobu myślenia o świecie. Mówiono: „Gdy na Jacka pogodnie, suche w jesieni dnie”, a także „Jeśli na Jacka nie panuje plucha, to pewnie zima będzie sucha”. Te krótkie formuły, przekazywane z pokolenia na pokolenie, były nie tylko praktyczną prognozą, lecz także elementem lokalnej tożsamości. W okolicach Lidy i Wołkowyska popularne było również żartobliwe powiedzenie: „Ze wszystkich świętych najlepszy Jacek, bo kto żyje, dostał placek”, które pokazuje kresowy humor i lekkość, z jaką mieszkańcy potrafili łączyć sacrum z codziennością.

W tradycji białorusko‑polskiego pogranicza funkcjonował także wrześniowy „łańcuch wróżb”, w którym dzień świętych Prota i Hiacynta łączył się z końcem miesiąca. Powtarzano: „Jeśli na świętego Prota jest pogoda albo słota, to na świętego Hieronima deszczyk jest, albo go ni ma”. To charakterystyczny dla Kresów sposób wiązania dat liturgicznych z obserwacją przyrody. W społecznościach wiejskich, gdzie kalendarz kościelny był równocześnie kalendarzem rolniczym, takie zależności miały realne znaczenie – pozwalały przewidywać, czy jesień będzie sucha, mokra, długa czy krótka, a w konsekwencji, jaka może być zima.

Historyczne znaczenie tych powiedzeń wynika również z obecności dominikanów, którzy od XIII wieku działali na terenach dzisiejszej Białorusi, szerząc kult św. Jacka Odrowąża. To sprawiło, że imię Jacek było tu dobrze znane, a jego wrześniowe wspomnienie nabrało lokalnego kolorytu. W połączeniu z wielowiekowym doświadczeniem rolniczym, z surowym klimatem Polesia i z kresową wrażliwością na rytm natury, przysłowia o Jackowej pogodzie stały się trwałym elementem kultury, który przetrwał nawet po zniknięciu dawnego świata Kresów.

Opr. Emilia Kuklewska na podstawie Julian Krzyżanowski, Nowa księga przysłów polskich i wyrażeń przysłowiowych, t. I–IV, Warszawa 1969–1978,  na obrazku: jedna z wersji śmierci męczeńskiej św.św. Prota i Hiacynta (manuskrypt z XIV w.), źródło: Wikipedia

Na dawnych Kresach Wschodnich, szczególnie na terenach dzisiejszej Białorusi, dzień świętych Prota i Hiacynta – obchodzony 11 września – przez stulecia pełnił rolę ważnego punktu orientacyjnego w ludowym kalendarzu rolniczym. W tradycji polskiej obecnej na Grodzieńszczyźnie, Polesiu i Wileńszczyźnie Hiacynt funkcjonował jako Jacek, a jego

Podjęta 8 września przez Rygę decyzja o całkowitym wstrzymaniu od 2027 roku autobusowych przewozów pasażerskich do Rosji i Białorusi wywołała natychmiastowy rezonans w Wilnie. Litwa, choć od miesięcy zaostrza politykę wobec reżimu Łukaszenki, wciąż pozostaje krajem, przez który codziennie przejeżdżają tysiące pasażerów. Dziś musi odpowiedzieć na pytanie, czy podążyć drogą Łotwy — czy też zachować własny, bardziej ostrożny kurs.

Łotewskie Ministerstwo Transportu ogłosiło projekt zmian w ustawie o transporcie samochodowym, które przewidują pełne zawieszenie autobusowych przewozów pasażerskich do Rosji i Białorusi. To decyzja polityczna, ale także symboliczna: Ryga chce przeciąć ostatnie regularne połączenia komunikacyjne z państwami, które uznaje za zagrożenie dla bezpieczeństwa narodowego. W praktyce oznacza to koniec wszystkich tras, które dotąd funkcjonowały mimo sankcji, zamkniętych przejść granicznych i napięć dyplomatycznych.

W Wilnie wiadomość ta wywołała natychmiastową reakcję. Konserwatywny poseł Arvydas Anušauskas wezwał litewski rząd do przyłączenia się do łotewskiej inicjatywy. Jego argument jest prosty: jeśli Litwa nie podejmie podobnej decyzji, stanie się „tranzytowym korytarzem”, który przejmie ruch z Łotwy. To nie tylko kwestia polityki, lecz także bezpieczeństwa — wspólne stanowisko państw regionu miałoby zamknąć ostatnie luki w systemie sankcji.

Litwa jednak nie jest w sytuacji identycznej jak Łotwa. Między Wilnem a Białorusią kursuje około trzydziestu autobusów dziennie, przewożących blisko trzy tysiące pasażerów. To nie są abstrakcyjne liczby — to realni ludzie: pracownicy, studenci, osoby odwiedzające rodziny, a także ci, którzy z powodów politycznych lub ekonomicznych nie mogą korzystać z transportu kolejowego czy lotniczego. Litewscy przewoźnicy przyznają, że zakaz nie doprowadziłby branży do upadku, a furm przewozowych do bankructwa, ale dotknąłby tysiące osób. Prezes litewskiej organizacji przewoźników, Gintaras Nakutis, mówi wprost: „nic katastroficznego się nie stanie, choć będą skutki uboczne”.

W tym sporze o przyszłość połączeń autobusowych pojawia się także perspektywa białoruska. W Mińsku i Grodnie decyzje Wilna i Rygi są odbierane jako kolejny etap izolacji, który uderza przede wszystkim w zwykłych ludzi. Białoruskie media podkreślają, że dla wielu mieszkańców pogranicza autobusy są jedynym dostępnym środkiem transportu do Unii Europejskiej. Zwracają też uwagę, że Litwa posiada 29 aktywnych zezwoleń na przewozy do Rosji i Białorusi, z czego 17 to trasy z Wilna do Mińska, Grodna, Homla, Lidy i Oszmian. Ich likwidacja byłaby nie tylko gestem politycznym, lecz także realnym zamknięciem codziennej drogi komunikacyjnej.

Litwa więc stoi dziś przed wyborem, który nie jest prosty. Z jednej strony presja polityczna i argumenty bezpieczeństwa — z drugiej konsekwencje społeczne, gospodarcze i humanitarne. Łotwa już podjęła decyzję. Wilno wciąż się waha, świadome, że każdy ruch będzie miał dalekosiężne skutki.

Znadniemna.pl na podstawie LRT.lt oraz Delfi.lt, zdjęcie ilustracyjne, fot.: transinfo.pl

Podjęta 8 września przez Rygę decyzja o całkowitym wstrzymaniu od 2027 roku autobusowych przewozów pasażerskich do Rosji i Białorusi wywołała natychmiastowy rezonans w Wilnie. Litwa, choć od miesięcy zaostrza politykę wobec reżimu Łukaszenki, wciąż pozostaje krajem, przez który codziennie przejeżdżają tysiące pasażerów. Dziś musi odpowiedzieć

Dziś w 135. rocznicę urodzin wspominamy Ignacego Matuszewskiego — człowieka, który potrafił czytać Wschód lepiej niż jego przeciwnicy i całe swoje życie spędził na styku kultur, języków oraz imperiów. Wschód był jego żywiołem, a Kresy jego naturalnym polem działania. To właśnie tam zdobył doświadczenie, które w czasie próby pozwoliło mu przewidywać ruchy przeciwnika z precyzją, jakiej nie miał nikt inny.

Ignacy Matuszewski urodził się 10 września 1891 roku w Warszawie, lecz jego biografia bardzo szybko przeniosła się na mapę dawnej Rzeczypospolitej. Gdy w Imperium Rosyjskim wybuchła rewolucja, Ignacy znalazł się w Piotrogrodzie, gdzie współorganizował Zjazd Wojskowych Polaków. Wśród uczestników zgromadzenia byli żołnierze z Mińska, Mohylewa, Witebska i Bobrujska — ludzie, którzy nosili w sobie kresową pamięć i determinację. To właśnie tam nasz bohater po raz pierwszy zetknął się z polską energią Wschodu w jej nowoczesnej, wojskowej formie.

W 1917 roku wszedł do Związku Wojskowych Polaków Garnizonu Mińskiego, w sam środek polskiej aktywności politycznej na ziemiach dzisiejszej Białorusi. Mińsk był wówczas miastem wielojęzycznym, ale wciąż głęboko zanurzonym w polskiej tradycji. Matuszewski szybko zrozumiał, że to miejsce stanie się jednym z kluczowych punktów jego życia.

W lutym 1918 roku bolszewicy skazali go zaocznie na śmierć. Odpowiedział czynem, który przeszedł do legendy: na czele polskiego oddziału wkroczył do Mińska Litewskiego i przepędził z miasta bolszewicki garnizon. Przez kilka dni był polskim komendantem Mińska — człowiekiem, który w czasie rewolucyjnego chaosu przywrócił w mieście polski porządek. Ten epizod jest jednym z najbardziej kresowych momentów w historii II RP: Polak z Warszawy obejmuje komendę nad Mińskiem, bo wie, że tam właśnie rozstrzyga się polska sprawa.

Po Mińsku był Bobrujsk. Matuszewski próbował ratować stacjonujący w miejscowej twierdzy I Korpus Polski, ostoję polskości na ziemiach białoruskich. Gdy Niemcy przystąpili do rozbrajania polskich oddziałów, podjął próbę przejęcia dowództwa, aby ocalić polską siłę zbrojną na Wschodzie. Nie udało się — musiał uciekać. Ukrywał się w Kijowie, mieście, które wówczas było jednym z najważniejszych punktów polskiej konspiracji. Jego życie w tych latach było jak nieustanny marsz przez mapę dawnej Rzeczypospolitej: Mińsk, Bobrujsk, Piotrogród, Kijów. To była geografia, która go ukształtowała.

W 1920 roku, w najtrudniejszym momencie wojny polsko-bolszewickiej, został szefem Oddziału II Naczelnego Dowództwa Wojska Polskiego. Józef Piłsudski oceniał jego pracę słowami, które przeszły do historii:

„Była to pierwsza wojna, którą Polska prowadziła od wielu stuleci, w czasie której mieliśmy więcej informacji o nieprzyjacielu niż on o nas.”

Ten cytat odnosi się do pracy wywiadu kierowanego przez Matuszewskiego. To właśnie jego kresowe doświadczenie — znajomość języków, mentalności, sposobu działania rosyjskich struktur — pozwoliło mu przewidywać ruchy przeciwnika z precyzją, która zmieniła bieg wojny.

Po wojnie Matuszewski stał się jednym z najważniejszych publicystów obozu piłsudczykowskiego. Jako minister skarbu prowadził politykę gospodarczą II RP, ale hiszpańskie czy francuskie echa w jego myśleniu o państwie wciąż miały kresowy fundament. W artykułach publikowanych w Wilnie i Warszawie ostrzegał przed imperialną logiką Moskwy, którą znał z własnego życia. Po 1939 roku, na emigracji w USA, walczył o polską sprawę z tą samą determinacją, z jaką w 1918 roku wchodził do Mińska.

Zmarł w 1946 roku w Nowym Jorku, daleko od miejsc, które go ukształtowały. Ale jego biografia pozostaje jedną z najważniejszych opowieści o polskim kresowym patriotyzmie — o człowieku, który wiedział, że Polska musi rozumieć Wschód, jeśli chce przetrwać.

Opr. Walery Kowalewski/Znadniemna.pl, fot.: Facebook.com/AWgovPL

Dziś w 135. rocznicę urodzin wspominamy Ignacego Matuszewskiego — człowieka, który potrafił czytać Wschód lepiej niż jego przeciwnicy i całe swoje życie spędził na styku kultur, języków oraz imperiów. Wschód był jego żywiołem, a Kresy jego naturalnym polem działania. To właśnie tam zdobył doświadczenie, które

Władze Białorusi po raz kolejny próbują sprzedać zabytkową ikonę należącą do ks. Henryka Okołotowicza, byłego więźnia politycznego. Zwycięzca poprzedniej – lipcowej aukcji – nie uiścił opłaty, dlatego obiekt – datowany na XVIII wiek i mający status cennego zabytku – ponownie trafił na licytację, tym razem z obniżoną ceną wywoławczą. To kolejny element trwającego od miesięcy procesu wyprzedaży majątku duchownego, prowadzonego przez państwo już po jego wywiezieniu do Rzymu.

Ikona „Zmartwychwstanie Chrystusa z grobu”, malowana olejem na drewnie i mająca wymiary 31 na 31 centymetrów, została ponownie wystawiona na aukcję za 2400 rubli. W lipcu jej cena wywoławcza wynosiła 3200 rubli, jednak zwycięzca tamtych licytacji nie sfinalizował transakcji. W opisie lotu podkreślono historyczną i artystyczną wartość obiektu, wskazując, że stanowi on część dziedzictwa kulturowego.

To kolejny przypadek, gdy władze próbują sprzedać przedmioty należące do ks. Okołotowicza. W ostatnich miesiącach na aukcje trafiały już jego samochody, cztery inne ikony oraz działka w rejonie baranowickim. W sierpniu ogłoszono również licytację jego Volkswagena Transportera z 2007 roku, wyznaczoną na 15 września.

Proces wyprzedaży majątku duchownego trwa mimo jego zwolnienia z kolonii karnej w listopadzie 2025 roku i przymusowego wyjazdu do Rzymu. Ks. Okołotowicz został zatrzymany w 2023 roku i oskarżony o „zdradę państwa”, do której się nie przyznał . W czasie uwięzienia zmagał się z poważnymi problemami zdrowotnymi, w tym chorobą onkologiczną i skutkami przebytych operacji. Po jego wywiezieniu z Białorusi działania wobec niego przybrały formę ekonomicznego nacisku – poprzez systematyczne przejmowanie i wystawianie na sprzedaż jego własności.

Znadniemna.pl na podstawie Svaboda.org, na zdjęciu: wystawiona na aukcję zabytkowa ikona „Zmartwychwstanie Chrystusa z grobu”, należąca do ks. Henryka Okołotowicza, fot.: e-auction.by

Władze Białorusi po raz kolejny próbują sprzedać zabytkową ikonę należącą do ks. Henryka Okołotowicza, byłego więźnia politycznego. Zwycięzca poprzedniej - lipcowej aukcji - nie uiścił opłaty, dlatego obiekt – datowany na XVIII wiek i mający status cennego zabytku – ponownie trafił na licytację, tym razem

Przejdź do treści