HomeStandard Blog Whole Post

Ministerstwo Spraw Zagranicznych Litwy poinformowało, że w ramach złożonego fake newsa publikowano fake newsy, rzekomo powiązane z litewską dyplomacją. Dochodzenie w tej sprawie prowadzą już na Litwie odpowiednie służby. Hakerzy, którzy zaatakowali konto na Twitterze Tomasza Sakiewicza, stronę „Poland Daily” oraz portal Związku Polaków na Białorusi Znadniemna.pl, zablokowali także szefowi „GP” dostęp do tweetdecka – aplikacji do zarządzania Twitterem. Jak dowiedział się portal Niezalezna.pl – atak na powiązany z Telewizją Republiką serwis „Poland Daily” został dokonany z Rygi, stolicy Łotwy.

Rasa Jakilaitiene, rzeczniczka litewskiego ministra spraw zagranicznych, powiedziała, że fałszywa wiadomość została umieszczona na polskiej stronie internetowej.

Fałszywe wiadomości pojawiły się na Polanddaily.com. W zamieszczonym tam artykule znalazła się uwaga ministra Linkeviciusa, w której twierdził, że na Białoruś trzeba wysłać siły pokojowe – powiedziała rzeczniczka.

Rzeczniczka litwewskiego MSZ zwróciła uwagę, że dla podniesienia wiarygodności fake newsa w artykule pojawiała się także wzmianka na temat polskiego ministra spraw zagranicznych.

Ministerstwo Spraw Zagranicznych Litwy wydało oświadczenie zaprzeczające fałszywym informacjom. Potwierdzono, że odpowiednie służby wszczęły już w tej sprawie dochodzenie.

Jest wysoce prawdopodobne, że trwa cyberatak informacyjny, który jest obecnie badany przez władze litewskie – czytamy w komunikacie.

Redaktor naczelny „Gazety Polskiej” stracił dostęp do konta (zmieniono hasło), na którym wstawiono odnośnik do artykułu zamieszczonego na portalu Znadniemna.pl, który prowadzi Związek Polaków na Białorusi. Ów artykuł to także cyberprowokacja. Dowiadujemy się z niego, że „Polska i Litwa wzywają NATO do wysłania wojsk na Białoruś”.

Podrobiony artykuł na portalu „Poland Daily” nosił tytuł „Polska i Litwa naciskają na wysłanie wojsk na Białoruś”. Napisany był w języku angielskim i podobnie jak publikacja wrzucona na Znadniemna.pl, dezinformował o rzekomych naciskach Polski, Litwy i Stanów Zjednoczonych na NATO. W tekście pojawiły się też nazwiska ministra spraw zagranicznych Polski Zbigniewa Rau oraz Swiatłany Cichanouskiej. Na zdjęciu głównym umieszczono szefa litewskiej dyplomacji Linasa Linkevičiusa.

To nie pierwszy rosyjski atak na media związane ze „Strefą Wolnego Słowa”. Przypomnijmy: w maju 2020 r. portal Niezalezna.pl dwukrotnie padł ofiarą rosyjskich hakerów, którzy zmieniali treść naszych publikacji.

Na naszą stronę (a także na portale Telewizji Republika, Radia Szczecin, olsztyn24.pl oraz stronę gminy Orzysz, gdzie znajduje się garnizon) wstawiono artykuł pt. Amerykanie „chwalą” pobyt w Drawsku. „Jedyne czym mogą strzelić to gumki od majtek”

Gdy opublikowaliśmy informację o tym ataku, Rosjanie dokonali kolejnego włamania, zmieniając ją na „newsa”, że Niezalezna.pl przyznaje się do autorstwa wcześniejszego artykułu.

To nie koniec działań Moskwy przeciwko naszym mediom. Pod koniec maja na anglojęzycznym prorosyjskim portalu „The Duran” ukazał się „wywiad”, przeprowadzony rzekomo przez Katarzynę Gójską dla „Gazety Polskiej”. Rozmówcą wicenaczelnej tygodnika miał być amerykański generał broni Christopher G. Cavoli, dowódca sił amerykańskich w Europie. Nie trzeba chyba dodawać, że rozmowa, w której Cavoli twierdzi, że Polska i kraje bałtyckie są fatalnie zorganizowane pod względem militarnym, została w całości wymyślona.

Znadniemna.pl za niezalezna.pl

Ministerstwo Spraw Zagranicznych Litwy poinformowało, że w ramach złożonego fake newsa publikowano fake newsy, rzekomo powiązane z litewską dyplomacją. Dochodzenie w tej sprawie prowadzą już na Litwie odpowiednie służby. Hakerzy, którzy zaatakowali konto na Twitterze Tomasza Sakiewicza, stronę „Poland Daily” oraz portal Związku Polaków na

W centrum Grodna, na terenie dawnego katolickiego zespołu sakralnego, archeolodzy natrafili na nieznany wcześniej nekropol z XVI–XVII wieku. Wśród ponad 20 odkrytych pochówków znaleziono wyjątkowy grób, który może należeć do matki i dziecka — rzadkość w chrześcijańskiej tradycji pogrzebowej. Odkrycie rzuca nowe światło na historię nieistniejącego już grodzieńskiego kościoła Świętej Trójcy i klasztoru augustianów, które przez stulecia kształtowały duchowe oblicze Grodna.

Odkrycia dokonano podczas prac budowlanych na ulicy Małej Trojeckiej, gdzie robotnicy natrafili na ludzkie szczątki w trakcie kopania fundamentów pod nowy obiekt. Prace natychmiast wstrzymano, a teren objęli badaniami archeolodzy z Instytutu Historii Narodowej Akademii Nauk Białorusi. Do tej pory odsłonięto 22 pochówki, obejmujące szczątki kobiet, mężczyzn i dzieci.

Szczególne zainteresowanie badaczy wzbudził grób, w którym spoczywają razem kobieta i dziecko. Jak podkreślają archeolodzy, taki sposób pochówku jest nietypowy dla chrześcijańskiej praktyki, w której zazwyczaj każdą osobę grzebano oddzielnie. Jeśli analiza potwierdzi, że jest to wspólny pochówek, będzie to rzadki wyjątek od obowiązujących wówczas norm.

Grób matki i dziecka na cmentarzu odkrytym w centrum Grodna, fot.: Telewizja Białoruska

Na stanowisku odkryto również liczne artefakty, m.in. norymberski żeton handlowy z lat 1585–1636, dwa szklane medaliony oraz unikatową kościaną kapawuszkę — bogato zdobione narzędzie higieniczne, rzadko spotykane w tej formie w XVI–XVIII wieku.

Ślady dawnego kościoła Świętej Trójcy

Znalezisko wpisuje się w ustalenia historyków dotyczące lokalizacji dawnego katolickiego kościoła Świętej Trójcy i klasztoru augustianów, które przez stulecia istniały w tej części Grodna. Współczesne badania topograficzne i archiwalne potwierdzają, że to właśnie tutaj znajdował się kompleks sakralny znany z dokumentów od końca XV wieku.

W XIX wieku rosyjskie publikacje próbowały przypisać to miejsce rzekomej cerkwi prawosławnej, co odpowiadało ówczesnej polityce antypolskiej i antykatolickiej. Dzisiejsze analizy jednoznacznie jednak wskazują, że nekropol należał do katolickiej parafii i klasztoru augustianów, a odkryte pochówki są pozostałością po ich cmentarzu.

Znaczenie odkrycia

Archeolodzy podkreślają, że znalezisko ma ogromną wartość dla badań nad historią Grodna i życiem religijnym jego mieszkańców w epoce nowożytnej. Odkryty nekropol pozwala lepiej zrozumieć katolickie tradycje pogrzebowe, strukturę społeczności miejskiej oraz funkcjonowanie klasztoru, który przez stulecia odgrywał ważną rolę w życiu duchowym miasta.

 Znadniemna.pl na podstawie Nashaniva.com, fragment odnalezionego cmentarza katolickiego w centrum Grodna, fot.: Newgrodno.by

W centrum Grodna, na terenie dawnego katolickiego zespołu sakralnego, archeolodzy natrafili na nieznany wcześniej nekropol z XVI–XVII wieku. Wśród ponad 20 odkrytych pochówków znaleziono wyjątkowy grób, który może należeć do matki i dziecka — rzadkość w chrześcijańskiej tradycji pogrzebowej. Odkrycie rzuca nowe światło na historię

Katolicki duchowny z Białorusi, ks. Anatol Parachniewicz, od ponad dwóch tygodni pozostaje w areszcie, a wierni informują, że kapłan spędził za kratami zarówno Wielki Tydzień, jak i samą Wielkanoc. Do dziś nie wiadomo, jakie zarzuty mu postawiono ani gdzie dokładnie jest przetrzymywany.

Ksiądz Anatol Parachniewicz, proboszcz parafii w Olkowiczach w rejonie wilejskim, został zatrzymany i osadzony w areszcie w połowie marca. Wierni potwierdzają, że duchowny spędził w izolacji całe Triduum Paschalne i Wielkanoc. Władze nie podały żadnych informacji o podstawach zatrzymania ani o ewentualnych zarzutach.

Niepewność pogłębia brak oficjalnych komunikatów ze strony Kościoła katolickiego na Białorusi. W środowisku duchownych panuje milczenie — księża przyznają, że nie mają żadnych wiadomości o losie proboszcza z Olkowicz. Wierni przypuszczają, że pewne informacje mogą posiadać biskupi, ci jednak zachowują milczenie.

Ks. Parachniewicz ma 65 lat i nie ma bliskiej rodziny, która mogłaby zabiegać o informacje dotyczące jego losu. W Olkowiczach duchowny posługuje od 2007 roku; wcześniej pracował w Rakowie i Zasławiu, a formację kapłańską odbył w Białymstoku. W 2025 roku obchodził 30‑lecie święceń kapłańskich.

Duchowny znany jest jako opiekun lokalnego dziedzictwa. Przy kościele stworzył niewielkie muzeum, w którym gromadził m.in. XVIII‑wieczne ornaty zdobione elementami słuckich pasów, kolekcję białoruskich ręczników ludowych oraz stare księgi. Lokalna prasa określała go jako „pasterza dusz, historyka i zbieracza starych pamiątek”, podkreślając jego talent do tworzenia kwiatowych kompozycji, które sam uprawiał w przykościelnym ogrodzie. Ksiądz prowadził także pasiekę i słynął z wypieków.

Po zatrzymaniu duchownego kościół w Olkowiczach był przez pewien czas zamknięty po przeprowadzonym tam przeszukaniu. Klucze zwrócono wiernym, a posługę tymczasowo pełni ksiądz dojeżdżający z innej parafii. Dom proboszcza pozostaje zamknięty.

Wierni obawiają się, że ks. Parachniewicz może być przetrzymywany w areszcie KGB. W takim przypadku — jak wskazują — możliwe jest postawienie mu zarzutów związanych z „przestępstwami przeciwko państwu”, choć żadnych oficjalnych informacji w tej sprawie nie ma.

Według informacji podawanych przez niezależne źródła, duchowny mógł zwrócić uwagę władz po tym, jak uczestniczył w przyjęciu z okazji Święta Konstytucji 3 Maja, zorganizowanym w Ambasadzie RP w Mińsku. Podobne kontakty z polskimi instytucjami były już wcześniej wykorzystywane jako pretekst do represji wobec duchowieństwa.

Zatrzymanie proboszcza z Olkowicz wpisuje się w szerszy kontekst presji wobec duchowieństwa na Białorusi. To kolejne takie wydarzenie zaledwie cztery miesiące po uwolnieniu — przy udziale Watykanu — dwóch wcześniej uwięzionych księży: ks. Henryka Okołotowicza i o. Andrzeja Juchniewicza OMI. Obaj przebywają obecnie w Rzymie i nie mogą wrócić do kraju ani prowadzić publicznej działalności.

Wierni z Olkowicz i innych parafii modlą się dziś szczególnie za ks. Anatola Parachniewicza, tak jak wcześniej modlili się za duchownych, którzy trafiali za kraty wcześniej.

Znadniemna.pl na podstawie Katolik.life, na zdjęciu: ks. Anatol Parachniewicz, fot.: Katolik.life

Katolicki duchowny z Białorusi, ks. Anatol Parachniewicz, od ponad dwóch tygodni pozostaje w areszcie, a wierni informują, że kapłan spędził za kratami zarówno Wielki Tydzień, jak i samą Wielkanoc. Do dziś nie wiadomo, jakie zarzuty mu postawiono ani gdzie dokładnie jest przetrzymywany. Ksiądz Anatol Parachniewicz, proboszcz

Drodzy Czytelnicy,

z okazji Świąt Wielkanocnych składamy Wam serdeczne życzenia pokoju, nadziei i wewnętrznej siły. Niech ten czas odrodzenia przyniesie światło tam, gdzie panuje cień, a otuchę tam, gdzie codzienność wystawia nas na próbę.

Życzymy Wam zdrowia, rodzinnego ciepła i wiary w to, że dobro — nawet ciche i skromne — zawsze ma sens. Niech Zmartwychwstanie Pańskie umocni Was w wytrwałości, doda odwagi i przypomni, że wspólnota i solidarność potrafią pokonać najtrudniejsze chwile.

Dziękujemy, że jesteście z nami, że wspieracie naszą misję i że razem podtrzymujemy pamięć, kulturę i prawdę.

Wesołego Alleluja!

Redakcja Znadniemna.pl

Drodzy Czytelnicy, z okazji Świąt Wielkanocnych składamy Wam serdeczne życzenia pokoju, nadziei i wewnętrznej siły. Niech ten czas odrodzenia przyniesie światło tam, gdzie panuje cień, a otuchę tam, gdzie codzienność wystawia nas na próbę. Życzymy Wam zdrowia, rodzinnego ciepła i wiary w to, że dobro — nawet

Niedziela Palmowa od wieków gromadzi wiernych wokół znaków, które łączą pokolenia: barwnych palm, wspólnej modlitwy i opowieści o wjeździe Jezusa do Jerozolimy. To dzień, w którym radość miesza się z zadumą, a tradycja splata się z codziennością — tak samo dziś, jak i przed stuleciami.

W wielu miejscach Niedziela Palmowa zaczyna się dużo wcześniej — w domach, gdzie od pokoleń pielęgnuje się sztukę plecenia palm. To cicha, rodzinna praca: suszone kwiaty, barwione trawy, wstążki, gałązki wierzby i bukszpanu. Dzieci uczą się od starszych, jak dobierać kolory, jak układać wzory, jak nadać palmie lekkość i rytm. To nie tylko przygotowanie do święta, ale także przekazywanie pamięci — o dawnych zwyczajach, o przodkach, o wspólnocie, która trwa mimo czasu i odległości.

Na Kresach szczególne miejsce w tej tradycji zajmują palmy wileńskie i, nieco mniej znane, mające lokalne znaczenie – grodzieńskie. Te ostatnie – smukłe, misternie plecione, rozpoznawalne dzięki charakterystycznym, spiralnym wzorom i bogactwu barw, wyrabiane z cierpliwością i kunsztem, stały się symbolem Grodzieńszczyzny, a dla wielu Polaków z tamtych stron — znakiem domu.

Plecione na Kresach palmy, czy to wileńskie, czy grodzieńskie, niosą w sobie coś więcej niż tylko piękno: są świadectwem żywej kultury, która przetrwała mimo burzliwej historii regionu. W niejednej rodzinie palma grodzieńska jest przechowywana przez cały rok, jako pamiątka i jako znak błogosławieństwa.

Niedziela Palmowa otwiera Wielki Tydzień — czas, który prowadzi przez dramat Męki Pańskiej ku światłu Zmartwychwstania. W liturgii tego dnia pobrzmiewa kontrast: triumfalne „Hosanna” i zapowiedź nadchodzącego cierpienia. To przypomnienie, że ludzkie życie również biegnie między radością a próbą, między entuzjazmem a chwilą zwątpienia.

W polskich parafiach na Kresach Niedziela Palmowa ma także wymiar wspólnotowy. Po Mszy świętej odbywają się konkursy na najpiękniejszą palmę, a starsi mieszkańcy opowiadają o dawnych zwyczajach — o palmach z wileńskich jarmarków, o grodzieńskich wzorach, o rodzinnych przygotowaniach, które zaczynały się na długo przed świętami. To żywa pamięć o korzeniach, które trwają mimo czasu i granic.

Niedziela Palmowa zaprasza do zatrzymania się choć na chwilę. Do spojrzenia na własną drogę — tę codzienną, zwyczajną, pełną małych zwycięstw i trudnych pytań. To dzień, który otwiera tydzień prowadzący ku nadziei, nawet jeśli zaczyna się od cienia.

 Znadniemna.pl, na zdjęciu: Palmy grodzieńskie, wykonane przez grodzieńską mistrzynię Dominikę Kowalonok, fot.: Znadniemna.pl

 

Niedziela Palmowa od wieków gromadzi wiernych wokół znaków, które łączą pokolenia: barwnych palm, wspólnej modlitwy i opowieści o wjeździe Jezusa do Jerozolimy. To dzień, w którym radość miesza się z zadumą, a tradycja splata się z codziennością — tak samo dziś, jak i przed stuleciami. W

W nocy z soboty 28 marca na niedzielę 29 marca zegarki zostaną przesunięte z godziny 2:00 na 3:00, czyli zacznie obowiązywać tzw. czas letni. Oznacza to godzinę snu mniej, ale dłuższe, jaśniejsze popołudnia. Zmiana czasu nadal obowiązuje w całej Unii Europejskiej, mimo że od lat trwają dyskusje o jej zniesieniu.

Wprowadzenie czasu letniego ma na celu lepsze wykorzystanie światła dziennego — dzięki przesunięciu wskazówek do przodu wieczory stają się dłuższe, co historycznie miało przynosić oszczędności energii. Choć współczesne analizy wskazują, że efekt energetyczny jest dziś niewielki, system utrzymuje się głównie ze względów organizacyjnych: ujednolica rozkłady transportu, pracę systemów informatycznych i funkcjonowanie rynku wewnętrznego UE.

Unia Europejska planowała odejść od obowiązkowej zmiany czasu już w 2019 roku, po szerokich konsultacjach społecznych, w których większość obywateli opowiedziała się za jej likwidacją. Projekt jednak utknął, ponieważ państwa członkowskie nie uzgodniły, czy docelowo obowiązywać ma czas letni, czy zimowy. W efekcie zmiana czasu pozostaje w mocy co najmniej do końca 2026 roku.

Przejście Polski i całej UE na czas letni oznacza również zmianę różnicy czasu między Polską a Białorusią. Obecnie różnica wynosi dwie godziny, ale po przestawieniu zegarków zmniejszy się do jednej godziny, ponieważ Białoruś od 2011 roku nie stosuje już zmiany czasu i przez cały rok pozostaje przy czasie zimowym (UTC+3)

Znadniemna.pl na podstawie Forsal.pl

W nocy z soboty 28 marca na niedzielę 29 marca zegarki zostaną przesunięte z godziny 2:00 na 3:00, czyli zacznie obowiązywać tzw. czas letni. Oznacza to godzinę snu mniej, ale dłuższe, jaśniejsze popołudnia. Zmiana czasu nadal obowiązuje w całej Unii Europejskiej, mimo że od lat

Rząd RP potwierdził, że zawieszenie biegu terminów w postępowaniach dotyczących legalizacji pobytu cudzoziemców ma obowiązywać aż do 4 marca 2027 roku. Przedłużenie wynika z obowiązujących od 2022 roku przepisów specustawy ukraińskiej oraz z najnowszych projektów legislacyjnych przygotowanych w związku z przeciążeniem urzędów wojewódzkich i utrzymującym się wysokim napływem wniosków.

Obowiązujące od 2022 roku „zamrożenie” terminów zostaje utrzymane o kolejny rok, co oznacza dalsze zawieszenie standardowych terminów administracyjnych w sprawach dotyczących pobytu czasowego, pobytu stałego oraz statusu rezydenta długoterminowego UE. Przepisy obejmują wszystkich cudzoziemców, w tym obywateli Białorusi, którzy również nie mogą w tym okresie składać skarg na bezczynność organu ani domagać się rozpatrzenia sprawy w ustawowych terminach.

„Zamrożenie” nie wpływa na samą możliwość składania wniosków – urzędy wojewódzkie nadal je przyjmują i prowadzą postępowania. Zawieszenie terminów oznacza jednak, że organy nie ponoszą odpowiedzialności za przekroczenie ustawowych terminów, a cudzoziemcy nie mają narzędzi prawnych do kwestionowania przewlekłości.

Mechanizm został wprowadzony w związku z bezprecedensowym napływem cudzoziemców oraz trudnościami organizacyjnymi administracji. Najwyższa Izba Kontroli wskazywała, że nawet 60% postępowań prowadzono z naruszeniem terminów, co doprowadziło do systemowej niewydolności urzędów wojewódzkich.

Jednocześnie rząd nie przewiduje dalszego utrzymywania zawieszenia terminów w sprawach o ochronę międzynarodową. W tych postępowaniach decyzje ponownie mają być wydawane w standardowych terminach – do 6 miesięcy, z możliwością przedłużenia do 15 miesięcy.

Znadniemna.pl na podstawie Hpravy.org, fot.: Mostmedia.io

Rząd RP potwierdził, że zawieszenie biegu terminów w postępowaniach dotyczących legalizacji pobytu cudzoziemców ma obowiązywać aż do 4 marca 2027 roku. Przedłużenie wynika z obowiązujących od 2022 roku przepisów specustawy ukraińskiej oraz z najnowszych projektów legislacyjnych przygotowanych w związku z przeciążeniem urzędów wojewódzkich i utrzymującym

W marcu minęła 223. rocznica urodzin Kazimierza Bachmatowicza, jednego z pionierów białoruskiej litografii, który swoją twórczością uchwycił codzienne życie mieszkańców Kresów pierwszej połowy XIX wieku. Choć dla współczesnego czytelnika nazwisko to może brzmieć obco, jego dzieła zachowały wyjątkowy zapis zwyczajów, strojów i pejzaży regionu, z którego pochodził.

Dawna posiadłość Dobrawlany w rejonie smorgońskim, gdzie niegdyś znajdował się pałac Sanguszków i Günterów, 1835 rok. Fot.: yavarda.ru/bakhmanovich

Kazimierz urodził się 24 lutego (8 marca według kalendarza gregoriańskiego) 1803 roku w Dobrowlanach, dziś niewielkiej wsi w smorgońskim rejonie obwodu grodzieńskiego, położonej nad jeziorem Świr, między trzema rzekami – Ośmianką, Wilenką i Wilią. Pochodził z rodziny szlacheckiej o herbie „Boża Wola”, która na tych terenach osiadła już w XVII wieku. Jego przodkowie – z linii Bachmatowiczów z okolic Radoszkowicz – od dawna należeli do miejscowej drobnej szlachty, a w XIX wieku jego ojciec Felicjan pełnił funkcję lokalnego urzędnika. Matką Kazimierza była Agata z rodu Suryntów, pochodząca ze starożytnej, utytułowanej rodziny. Chrzestnym artysty został szlachecki duet: Marcin Surynt i Konstancja Romanowska, a świadkami – Marcin Charewicz i prawdopodobnie siostra matki.

Metryka z kościoła w Swirze

Młody Kazimierz w wieku 15–20 lat został wysłany do Wilna, gdzie kształcił się w Wileńskiej Szkole Malarstwa pod kierunkiem Jana Rustema. To właśnie tam zdobył solidne podstawy rysunku i grafiki, które potem pozwoliły mu wypracować własny, niezwykle szczegółowy styl litograficzny. Po ukończeniu edukacji powrócił do rodzinnych Dobrawlan, gdzie przez niemal dziesięć lat pracował jako nauczyciel rysunku w majątku hrabiego Güntera, którego dwór stał się jego drugim domem i miejscem twórczych inspiracji.

Najbardziej znaczące prace Bachmatowicza powstały w połowie lat 30. XIX wieku i obejmują serie albumowe: Souvenir de Dobrowlany („Wspomnienia z Dobrowlan”, 1835), Orlosiada (1836), „Rysunki Jana Rustema” (1837), „Wspomnienia z Wilna. Typy i charaktery” (1837) oraz „Ubrania i sceny. Litewskie stroje”. Dzięki nim artysta po raz pierwszy w białoruskiej sztuce wyniósł małą formę graficzną do rangi pełnoprawnego dzieła sztuki. Jego prace odznaczają się nie tylko dokumentalnym oddaniem strojów, pejzaży i codzienności mieszkańców Kresów, ale też wnikliwą obserwacją człowieka – jego charakteru, słabości i pasji.

„Orlosiada” Kazimierza Bachmatowicza, 1836 rok. Fot.: wikipedia.org

Kirgiz na koniu, z serii „Orłosiady”, 1836 rok. Fot.: polona.pl

Przypomnienie Wilna litografowane przez Bachmatowicza, 1837; Teka litografii; wydane w litografierni Józefa Oziembłowskiego w Wilnie, 1837; Oziembłowski był kolegą Bachmatowicza podczas wspólnych studiów u J. Rustema. Fot.: artinfo.pl

Dobrowlany – szlachecka rezydencja z XVIII–XIX wieku, istniejąca w tej samej wsi w powiecie oszmiańskim guberni grodzieńskiej Imperium Rosyjskiego, 1835 rok. Fot.: yavarda.ru/bakhmanovich

W 1831 roku jego prace opublikowano w albumie Zbiór strojów narodowych i wojskowych, rysowanych przez Kazimierza Bachmatowicza, ucznia Wileńskiej Akademii w Litwie. Obecnie są one cennym źródłem wiedzy o kulturze materialnej i obyczajach ludności regionu pierwszej połowy XIX wieku.

Pałac Günterów w Dobrowlanach na litografii Kazimierza Bachmatowicza, 1835 rok. Fot.: www.radzima.org

Choć żył krótko – zmarł w Dobrowlanach w 1837 roku w wieku zaledwie 34 lat, a pochowany został na pobliskiej wsi Świr – pozostawił trwałe dziedzictwo. Jego rodzinne Dobrowlany upamiętniły artystę w 2003 roku podczas pleneru „Wspomnienie o Dobrowlanach”, który zgromadził współczesnych twórców inspirowanych krajobrazem i historią wsi. Prace powstałe podczas pleneru prezentowane były w Smorgoni i w galerii „Uniwersytet Kultury” w Mińsku.

Kazimierz Bachmatowicz pozostaje postacią nieco zapomnianą, ale jego dorobek pozwala dziś podróżować w czasie – do kresowej codzienności, barwnych strojów, architektury i rytmu życia wsi i miasteczek dawnej Wileńszczyzny. Jego twórczość przypomina, że kultura Kresów była i pozostaje mozaiką polsko-białoruskiego dziedzictwa, które warto odkrywać na nowo.

Na zdjęciu: Kazimierz Bachmatowicz. Dobrowlany, dwór Sanguszków, 1835 rok. Fot.: yavarda.ru/bakhmanovich

Opr. Walery Kowalewski/Znadniemna.pl

W marcu minęła 223. rocznica urodzin Kazimierza Bachmatowicza, jednego z pionierów białoruskiej litografii, który swoją twórczością uchwycił codzienne życie mieszkańców Kresów pierwszej połowy XIX wieku. Choć dla współczesnego czytelnika nazwisko to może brzmieć obco, jego dzieła zachowały wyjątkowy zapis zwyczajów, strojów i pejzaży regionu, z

25 marca br. Fundacja Pomorskich Kresowian zorganizowała w Gdańsku spotkanie poświęcone Mieczysławowi Gębarowiczowi – kustoszowi, historykowi sztuki i ostatniemu polskiemu dyrektorowi Zakładu Narodowego im. Ossolińskich we Lwowie. Prelekcję poprowadził Tomasz Kuba Kozłowski, który od lat przybliża historię Kresów i ich wybitnych, często zapomnianych bohaterów.

Tomasz Kuba Kozłowski z Domu Spotkań z Historią w Warszawie

W zapowiedzi wydarzenia organizatorzy podkreślali, że będzie to opowieść o niezwykłych działaniach Gębarowicza podczas II wojny światowej oraz o tym, jak udało się odzyskać rękopisy „Pana Tadeusza”, „Zemsty”, „Potopu” czy „Chłopów”, wywiezione przez Niemców i przechowywane w stajni, oborze i budynku mieszkalnym na Dolnym Śląsku. Chodziło o skrzynie odnalezione po wojnie w Adelsdorfie (dzisiejszym Zagrodnie), gdzie – jak przypomniał Kozłowski – znajdowały się dziesiątki tysięcy woluminów pochodzących z Ossolineum i innych zrabowanych przez Niemców polskich księgozbiorów.

Pałac – Zagrodno Górne. Fot.: zamkilubuskie.pl

Strona tytułowa pierwszego wydania Pana Tadeusza, Public domain, via Wikimedia Commons

Rękopis Pana Tadeusza w zbiorach Zakładu Narodowego im. Ossolińskich we Wrocławiu, Pleple2000, CC BY-SA 4.0, Wikimedia Commons

W trakcie prelekcji Tomasz Kuba Kozłowski przedstawił dramatyczne okoliczności, w jakich Gębarowicz ratował najcenniejsze skarby polskiej kultury. Zwracał uwagę, że działania te wymagały odwagi, determinacji i ogromnej odpowiedzialności, a decyzja o pozostaniu we Lwowie po 1945 roku – mimo represji i marginalizacji – była świadomym wyborem człowieka, który czuł się strażnikiem polskiego dziedzictwa.

W drugiej części spotkania prelegent przypomniał, że w 2018 roku do Kancelarii Prezydenta RP trafił formalny wniosek o pośmiertne odznaczenie Mieczysława Gębarowicza Orderem Orła Białego. Jak wyjaśnił, wniosek ten nie został rozpatrzony ani nie doczekał się odpowiedzi ze strony KPRP. Kozłowski zaznaczył, że jego zdaniem sprawa została odłożona bez uzasadnienia, co trudno pogodzić z wagą zasług Gębarowicza dla polskiej kultury.

Informacja ta wywołała żywą reakcję publiczności. Wśród uczestników pojawiły się propozycje ponowienia wniosku o Order Orła Białego, tym razem z szerokim poparciem środowisk kresowych, naukowych i instytucji kultury. Kilka osób wyraziło gotowość do współpracy przy przygotowaniu dokumentów i nagłośnieniu sprawy. Kozłowski podkreślał, że nagłaśnianie tematu może być kluczowe, aby doprowadzić do ponownego zajęcia się wnioskiem przez Kancelarię Prezydenta.

Spotkanie odbyło się w roku szczególnym dla polskiego dziedzictwa –  rok2026 został ogłoszony bowiem przez Sejm RP Rokiem Józefa Maksymiliana Ossolińskiego, twórcy instytucji, której najcenniejsze zbiory Gębarowicz ratował w najtrudniejszych czasach. W tym kontekście uczestnicy prelekcji zwracali uwagę, że właśnie teraz warto przypominać o jego zasługach i zabiegać o ich godne uhonorowanie.

Na zdjęciu: Tomasz Kuba Kozłowski z Domu Spotkań z Historią w Warszawie i Michał Rzepiak, prezes Fundacji Pomorskich Kresowian. Fot.: archiwum redakcji

Znadniemna.pl

 

25 marca br. Fundacja Pomorskich Kresowian zorganizowała w Gdańsku spotkanie poświęcone Mieczysławowi Gębarowiczowi – kustoszowi, historykowi sztuki i ostatniemu polskiemu dyrektorowi Zakładu Narodowego im. Ossolińskich we Lwowie. Prelekcję poprowadził Tomasz Kuba Kozłowski, który od lat przybliża historię Kresów i ich wybitnych, często zapomnianych bohaterów. [caption id="attachment_72814"

W dziejach Kresów są postacie, które potrafiły być światłem w czasach ciemności. Do takich bohaterów należy biskup Zygmunt Łoziński – pasterz związany z ziemią nowogródzką, mińską i pińską, którego życie było świadectwem odwagi, wiary bez kompromisów i miłości do ludzi ponad podziałami. 26 marca przypada rocznica odejścia do Pana jednego z najbardziej niezwykłych, a wciąż niedocenianych biskupów Kościoła katolickiego XX wieku.

Dom rodzinny w Boracinie

Dwór Łozińskich w 1923 roku. Fot.: wikipedia.org/Biblioteka Narodowa. F.63707/II

Zygmunt Łoziński przyszedł na świat 5 czerwca 1870 roku w Boracinie koło Nowogródka, w rodzinie ziemiańskiej herbu Lubicz. Ojciec, Władysław Łoziński, był właścicielem majątku, człowiekiem odpowiedzialnym, zakorzenionym w tradycji polskiej szlachty kresowej. Matka, Ludwika z Czeczottów, pochodziła z rodu herbu Ostoja, rodziny o silnych tradycjach religijnych i inteligenckich. Wujem Zygmunta był ksiądz Witold Czeczott – brat jego matki Ludwiki, późniejszy wykładowca w seminarium duchownym w Petersburgu. Ten wuj stanie się dla młodego człowieka kimś więcej niż krewnym: duchowym przewodnikiem, wzorem kapłana, a także opiekunem w wielkim mieście.

Łozińscy mieli siedmioro dzieci, Zygmunt był najstarszy. To ważne, bo w tamtym świecie najstarszy syn od początku uczył się odpowiedzialności – za rodzeństwo, za dom, za nazwisko. Do dziesiątego roku życia uczył się w domu. Nie była to jednak byle jaka edukacja „po domowemu”. W ziemiańskich dworach Kresów często łączono tradycję z wysokimi wymaganiami intelektualnymi: dzieci czytały po polsku, uczyły się historii, geografii, podstaw łaciny, a jednocześnie żyły rytmem roku liturgicznego, nabożeństw, świąt, pielgrzymek. W Boracinie panowała atmosfera, w której wiara i polskość były czymś oczywistym, nie manifestem, lecz oddechem.

Warszawa i Petersburg

Kiedy przyszedł czas na szkołę średnią, Zygmunt wyjechał najpierw do Warszawy, do gimnazjum klasycznego. Dla chłopca z kresowego dworu stolica Królestwa Polskiego była innym światem: większym, bardziej złożonym, ale też pełnym polskiego życia, choć pod czujnym okiem carskiej administracji. Tam zetknął się z miejską inteligencją, z innym stylem polskości niż ten dworski, bardziej obywatelskim, bardziej zaangażowanym społecznie. Nie zabawił jednak w Warszawie długo – rodzina zdecydowała, że dalszą naukę będzie kontynuował w Petersburgu, gdzie mieszkał wuj Zygmunta – ksiądz Czeczott.

Petersburg stał się dla młodego Łozińskiego szokiem i szkołą jednocześnie. Stolica imperium, miasto monumentalnych gmachów, cerkwi, pałaców, ale też miejsce, gdzie Polacy żyli w rozproszeniu, często w cieniu, próbując zachować swoją tożsamość. Zygmunt zamieszkał u wuja, w domu, który był małą polską wyspą w rosyjskim morzu. Ksiądz Czeczott, wykładowca seminarium, człowiek głębokiej wiary i kultury, wprowadzał go w świat teologii, Kościoła, ale też w realia życia katolika w stolicy prawosławnego imperium.

Pierwszy bunt – nieklęknięcie przed carskim ołtarzem

Zygmunt uczęszczał do gimnazjum Towarzystwa Miłośników Człowieka – szkoły, która łączyła wysoki poziom nauczania z pewną otwartością intelektualną. To tam wydarzył się epizod, który dobrze zapowiada jego przyszły charakter. Podczas nabożeństwa dziękczynnego w cerkwi gimnazjalnej, odprawianego z okazji ocalenia cara Mikołaja II z katastrofy kolejowej pod Borkami, uczniowie mieli przyklęknąć. Zygmunt odmówił. W carskiej szkole był to akt jawnego nieposłuszeństwa wobec symbolu władzy. Groziło mu wyrzucenie ze szkoły, ale dzięki interwencji wuja sprawę udało się załagodzić. Ten gest – nieklęknięcie tam, gdzie sumienie mówi „nie” – powróci w jego życiu jeszcze nieraz, już w dużo poważniejszych okolicznościach.

Narodziny uczonego kapłana

Po maturze w Petersburgu wstąpił do tamtejszego seminarium duchownego. Decyzja o kapłaństwie nie była ucieczką od świata, lecz odpowiedzią na to, co w nim dojrzewało od lat: poczucie, że chce służyć ludziom i Kościołowi. W seminarium szybko się wyróżnił. Był pracowity, zdyscyplinowany, miał talent do języków i do nauki. Z seminarium trafił do Akademii Duchownej – elitarnej uczelni, gdzie kształcono przyszłe elity duchowieństwa. Specjalizował się w Piśmie Świętym.

Pierwsze lata kapłaństwa

Święcenia kapłańskie przyjął w 1895 roku. Został w Petersburgu jako wykładowca Pisma Świętego, a później także homiletyki w seminarium. Jednocześnie pracował jako prefekt i katecheta w gimnazjum Towarzystwa Miłośników Człowieka. Był księdzem, który łączył pracę naukową z żywym duszpasterstwem. Nie zamykał się w sali wykładowej – spowiadał, prowadził rekolekcje, rozmawiał z młodzieżą. W jego kazaniach i konferencjach pobrzmiewała nie tylko teologia, ale też troska o los Polaków w imperium.

Ta aktywność, połączona z wyraźnie polską postawą, ściągnęła na niego uwagę władz carskich. W 1898 roku został aresztowany pod zarzutem „szkodliwej działalności” i „polskiego patriotyzmu”. Decyzją ministra spraw wewnętrznych skazano go na trzy lata odosobnienia w klasztorze dominikanów w Agłonie na Łotwie, przekształconym w miejsce przymusowego pobytu dla księży. Zakazano mu też w przyszłości pełnienia funkcji duchownych w stolicach imperium.

Zesłanie w Agłonie

Agłona mogła być dla niego więzieniem, ale stała się kolejną szkołą. Zamiast zamknąć się w sobie, nauczył się łotewskiego, by móc spowiadać i głosić kazania miejscowym wiernym. W trudnych warunkach, z dala od rodzinnych stron, pozostał tym, kim był: duszpasterzem. Po dwóch latach został ułaskawiony, ale nie pozwolono mu wrócić do Petersburga. Pracował jako wikariusz w Smoleńsku, potem w Tule, następnie w Rydze. W 1904 roku trafił do Mińska, gdzie objął duszpasterstwo przy kościele na Kalwarii, a wkrótce został proboszczem katedry.

Powrót do Petersburga

W 1906 roku wrócił jednak do Petersburga jako wykładowca Pisma Świętego i języka hebrajskiego w seminarium i Akademii Duchownej. Był już wtedy kapłanem z doświadczeniem prześladowań, ale bez cienia zgorzknienia. Wciąż się uczył. Studiował w Papieskim Instytucie Biblijnym w Rzymie, odbył podróże naukowe do Niemiec i Ziemi Świętej. Towarzyszył biskupowi Janowi Cieplakowi w wizytacjach po rozległych terenach Rosji, Syberii i Dalekiego Wschodu. Odwiedzał obozy jenieckie, gdzie posługiwał wśród polskich żołnierzy. Te podróże po imperium, spotkania z ludźmi w skrajnie trudnych warunkach, jeszcze bardziej ugruntowały w nim przekonanie, że kapłan ma być tam, gdzie jest najciężej.

Pasterz w czasach rewolucji

W 1917 roku papież Benedykt XV mianował go biskupem mińskim. Sakrę przyjął w 1918 roku w Warszawie, a w sierpniu tego samego roku przybył do Mińska. Natychmiast zabrał się do pracy: otworzył niższe i wyższe seminarium duchowne, zaczął organizować struktury diecezji. Wydawało się, że po latach tułaczki i prześladowań będzie mógł wreszcie spokojnie budować Kościół na swojej ziemi. Ale historia znów przyspieszyła. W grudniu 1918 roku do Mińska wkroczyli bolszewicy.

Dla biskupa Łozińskiego rozpoczął się czas ukrywania. Przez pięć miesięcy żył w przebraniu chłopa u zaprzyjaźnionych ziemian i chłopów w lasach koło Mińska. Za wskazanie miejsca jego pobytu wyznaczono wysoką nagrodę, ale nikt go nie zdradził. To wiele mówi o więzi, jaką zbudował z ludźmi. Gdy w 1919 roku wojska polskie zajęły Mińsk, wrócił do jawnego pełnienia funkcji. Jednak w 1920 roku, podczas kolejnej ofensywy bolszewickiej, znów stanął wobec wyboru: uciec czy zostać. Został. W listach i kazaniach otwarcie potępiał ateistyczny komunizm, niszczenie kościołów, prześladowania duchowieństwa. W sierpniu 1920 roku został aresztowany, oskarżony o działalność kontrrewolucyjną. Po dziesięciu dniach śledztwa zwolniono go, choć jasno oświadczył, że do końca życia będzie zwalczał komunizm.

Więzienie, które nie złamało ducha

Wkrótce jednak aresztowano go ponownie i przewieziono do więzienia na Butyrkach w Moskwie. Butyrki były jednym z najcięższych więzień imperium. Głód, zimno, upokorzenia, niepewność jutra – wszystko to odcisnęło się na jego zdrowiu. Proponowano mu wolność w zamian za deklarację lojalności wobec władzy sowieckiej. Odmówił. Po jedenastu miesiącach, dzięki staraniom dyplomatycznym rządu polskiego, został uwolniony i odesłany do Polski. Ważył wtedy zaledwie 43 kilogramy. Fizycznie wyniszczony, duchowo – niezłamany.

Biskup piński, pasterz Polesia

Fragment miasta z widocznym kościołem Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny i rzeką, po której pływają barki. Fot.: Narodowe Archiwum Cyfrowe, Sygnatura 3/1/0/9/4757

Kościół Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny w Pińsku. Nawa główna i ołtarz główny podczas mszy świętej. Fot.: Narodowe Archiwum Cyfrowe. Sygnatura: 1-U-4764

Zygmunt Łoziński – biskup piński. Fotografia portretowa. Fot.: Narodowe Archiwum Cyfrowe, Sygnatura: 3/1/0/15/125

Do Mińska już nie wrócił. Zamieszkał w Nowogródku, blisko rodzinnych stron. W 1925 roku został mianowany pierwszym biskupem nowo utworzonej diecezji pińskiej. To był nowy rozdział jego życia – rozdział bardzo kresowy. Diecezja pińska obejmowała rozległe tereny Polesia, ziemię biedną, zaniedbaną, ale pełną ludzi prostych, wierzących, często żyjących na styku kultur i wyznań. Łoziński podjął to zadanie z energią, która zadziwiała, biorąc pod uwagę jego nadwątlone zdrowie.

Organizował kurię, zwołał synod diecezjalny, przeniósł i rozwinął seminarium duchowne. Dbał o formację księży, ale też o to, by Kościół nie był narzędziem polonizacji. Szanując polskość, szanował też język i kulturę miejscowej ludności. Wprowadzał kazania po białorusku, troszczył się o parafie unickie obrządku wschodniosłowiańskiego. Wiedział, że Ewangelia nie potrzebuje przemocy językowej, że można być Polakiem i jednocześnie mieć serce otwarte na innych.

Był biskupem niezwykle prostym w stylu życia. Chodził w zwykłej czarnej sutannie, bez ozdób. Jeździł trzecią klasą pociągu, choć przysługiwała mu wyższa. Podczas wizytacji parafii nie pozwalał urządzać sobie wystawnych przyjęć. Zdarzało się, że nocował w kościele, by nie obciążać biednego proboszcza. W seminarium siadał na końcu stołu i nakładał sobie jedzenie jako ostatni. Często oddawał swoje ubrania ubogim. Nie znosił dworskiej etykiety wokół biskupa. Uważał, że pasterz ma być blisko owiec, nie ponad nimi.

Człowiek dialogu

Uczestnicy zjazdu. Fotografia grupowa. 1926 rok. Siedzą od lewej: biskup częstochowski Teodor Kubina, biskup przemyski Anatol Nowak, metropolita krakowski arcybiskup Adam Sapieha, Prymas Polski kard. August Hlond, metropolita warszawski kard. Aleksander Kakowski, metropolita lwowski arcybiskup Bolesław Twardowski, metropolita lwowski obrządku ormiańskiego arcybiskup Józef Teodorowicz, arcybiskup metropolita wileński Romuald Jałbrzykowski, biskup płocki Antoni Nowowiejski. Stoją od lewej do prawej: biskup pomocniczy greckokatolickiej eparchii przemyskiej Hryhorij Łakota, biskup śląski Arkadiusz Lisiecki, biskup chełmiński Stanisław Okoniewski, biskup podlaski Henryk Przeździecki, biskup lubelski Marian Fulman, biskup miński Zygmunt Łoziński, biskup łomżyński Stanisław Kostka Łukomski. Fot.: Narodowe Archiwum Cyfrowe. Sygnatura: 1-R-3-2

Jego stosunek do innych wyznań i religii był czymś wyjątkowym jak na tamte czasy. Znał jedenaście języków: oprócz polskiego i białoruskiego posługiwał się rosyjskim, francuskim, niemieckim, włoskim, angielskim, łotewskim, litewskim, łaciną, greką, hebrajskim, a nawet asyryjskim. Gdy przybył do Pińska, powitał miejscowego rabina po hebrajsku. To zrobiło ogromne wrażenie. Podczas procesji Bożego Ciała zwracał się do zgromadzonych słowami: „Najukochańsi bracia katolicy, bracia prawosławni i Żydzi”. Nie była to kurtuazja. W codziennym życiu pomagał każdemu: widziano go, jak niesie worek ziemniaków starszemu Żydowi, jak podwozi rabina, jak rozmawia z prawosławnymi chłopami bez cienia wyższości. W świecie napięć narodowych i religijnych był człowiekiem mostów, nie murów.

Biskupi uczestniczący w obradach zjazdu. Fotografia grupowa. 1925 rok. W pierwszym rzędzie siedzą od lewej do prawej: biskup pomocniczy chełmiński Jakub Klunder, biskup włocławski Stanisław Zdzitowiecki, biskup sandomierski Marian Ryx, arcybiskup metropolita mohylewski Edward Ropp, arcybiskup metropolita kościoła greckokatolickiego Andrzej Szeptycki, arcybiskup metropolita warszawski kardynał Aleksander Kakowski, Prymas Polski Edmund Dalbor, arcybiskup metropolita lwowski Bolesław Twardowski, arcybiskup metropolita lwowski obrządku ormiańskiego Józef Teodorowicz, biskup przemyski Anatol Nowak, biskup pomocniczy sandomierski Paweł Kubicki. Stoją od lewej do prawej: biskup pomocniczy gnieźnieński Antoni Laubitz, biskup kielecki Augustyn Łosiński, biskup lubelski Marian Fulman, arcybiskup metropolita krakowski Adam Sapieha, biskup pomocniczy sejneński Romuald Jałbrzykowski, biskup podlaski Henryk Przeździecki, biskup polowy WP Stanisław Gall, biskup miński Zygmunt Łoziński, biskup kamienieckopodolski Piotr Mańkowski, biskup pomocniczy tarnowski Edward Komar, administrator apostolski w Katowicach August Hlond. Fot.: Narodowe Archiwum Cyfrowe. Sygnatura: 1-R-1-1

Jego patriotyzm był głęboki, ale pozbawiony nienawiści. Kochał Polskę, ale nie kosztem innych narodów. Krytykował traktat ryski, który oderwał część jego dawnej diecezji od Polski, uważał go za krzywdzący dla wiernych. Po przewrocie majowym napisał do Józefa Piłsudskiego list, w którym nie bał się użyć mocnych słów. Za odwagę i zasługi został odznaczony Orderem Orła Białego i czterokrotnie Krzyżem Walecznych, ale odznaczenia te nie zmieniły jego stylu życia. Pozostał tym samym skromnym biskupem, który wolał nocną adorację od oficjalnych bankietów.

Duchowość – źródło jego siły

Biskup Zygmunt Łoziński, ok. 1932 roku. Fot.: wikipedia.org

Duchowość była dla biskupa Zygmunta Łozińskiego nie dodatkiem, lecz centrum życia. Wszystko, co robił — od wykładów w Petersburgu, przez ukrywanie się w mińskich lasach, po wizytacje parafii na Polesiu — wyrastało z modlitwy. Nie mówił o pobożności, on nią żył. W Pińsku często widziano go w katedrze o świcie lub późnym wieczorem, modlącego się w ciszy, bez świadków, czasem przez całą noc. Gdy pytano, skąd ta surowość, odpowiadał: „Pasterz musi znać drogę do Boga, żeby mógł nią prowadzić innych”.

Praktykował posty, nosił włosiennicę, biczował się, ale nigdy nie robił z tego pokazów. Pokuta była dla niego sprawą między człowiekiem a Bogiem. Jego pisma ascetyczne, zwłaszcza „Akt doskonałego zaparcia się siebie”, odsłaniają wiarę radykalną i całkowite oddanie woli Bożej — nie jako metaforę, lecz jako styl życia.

W seminarium powtarzał klerykom, że kapłan bez modlitwy staje się urzędnikiem, a nie pasterzem. Mówił, że ksiądz, który nie klęka przed Bogiem, w końcu uklęknie przed światem — słowa szczególnie mocne u człowieka, który nie ugiął się ani przed caratem, ani przed bolszewikami.

Jego duchowość była głęboko eucharystyczna. Na rozległym Polesiu, gdzie brakowało księży, sam odprawiał kilka Mszy dziennie, a każdą wizytację zaczynał od adoracji. Pod koniec życia, mimo choroby, prosił, by zanoszono go do katedry choć na chwilę. Gdy lekarze proponowali narkozę przed operacją, odpowiedział: „Nie chciałbym przespać tak pięknej chwili, jaką jest śmierć”.

Zmarł 26 marca 1932 roku w Pińsku. Odszedł spokojnie, jak człowiek wracający do domu. Jego duchowość była źródłem odwagi, prostoty i miłości do ludzi — fundamentem, który uczynił go jednym z najpiękniejszych pasterzy Kresów. Pochowany został w krypcie miejscowej katedry. W 1939 roku szczątki zamurowano w ścianie katedry celem uniknięcia profanacji, dzięki czemu ocalały. W 1957 roku w Rzymie rozpoczęto jego proces beatyfikacyjny. 2 kwietnia 1993 roku papież Jan Paweł II wydał  dekret o heroiczności cnót. Odtąd przysługuje mu tytuł Czcigodnego Sługi Bożego. 26 września 1997 roku Kongregacja wydała dekret o ważności dochodzenia diecezjalnego dotyczącego cudu, wymaganego w procesie beatyfikacyjnym.

Opr. Waleria Brażuk/Znadniemna.pl

W dziejach Kresów są postacie, które potrafiły być światłem w czasach ciemności. Do takich bohaterów należy biskup Zygmunt Łoziński – pasterz związany z ziemią nowogródzką, mińską i pińską, którego życie było świadectwem odwagi, wiary bez kompromisów i miłości do ludzi ponad podziałami. 26 marca przypada

W Białymstoku odbyła się kolejna, comiesięczna pikieta solidarności z Andrzejem Poczobutem, polsko białoruskim dziennikarzem i działaczem Związku Polaków na Białorusi, od pięciu lat więzionym przez reżim Aleksandra Łukaszenki. Uczestnicy akcji podkreślali, że jego sytuacja dramatycznie się pogarsza, a represje wobec niego przybierają coraz bardziej brutalny charakter.

Przed pomnikiem bł. ks. Jerzego Popiełuszki zgromadzili się działacze, samorządowcy i mieszkańcy miasta, którzy od lat regularnie przypominają o losie Poczobuta. Pikieta miała wymiar symboliczny, a jej uczestnicy trzymali transparenty wzywające do uwolnienia Andrzeja Poczobuta. Podkreślano, że organizowane w stolicy Podlasia miesięcznice przypominające o uwięzionym dziennikarzu i działaczu polskiej mniejszości na Białorusi to jedna z najdłużej trwających cyklicznych akcji solidarności w Polsce.

W dniu pięcioletniej rocznicy uwięzienia Andrzeja Poczobuta pojawiły się nowe, niepokojące informacje o kolejnych represjach wobec niego w kolonii karnej w Nowopołocku. Posłanka do Parlamentu Europejskiego Małgorzata Maria Gosiewska poinformowała na facebooku, że po zakończeniu kolejnego okresu tzw. PKT — długotrwałej, zaostrzonej izolacji — Poczobut został natychmiast skierowany do karceru SHIZO, a następnie ma ponownie trafić do izolacji. Jak podkreśliła, ten mechanizm „powtarza się już od miesięcy – bez przerwy, bez kontaktu z bliskimi, bez rozmów, bez możliwości normalnego funkcjonowania”. Jej zdaniem PKT i SHIZO tworzą system ciągłego odosobnienia, którego celem jest złamanie człowieka psychicznie i fizycznie.

„Nie zamierzam milczeć. Będę dalej upominać się o Andrzeja Poczobuta i walczyć o jego uwolnienie. Pamiętajmy o Andrzeju. Nie pozwólmy, by został zapomniany” – napisała Gosiewska.

Uczestnicy białostockiej pikiety podkreślali z kolei, że ich obecność to wyraz sprzeciwu wobec bezprawia oraz forma wsparcia dla rodziny i bliskich Poczobuta. Wskazywali, że jego sprawa pozostaje symbolem walki o wolność słowa, prawa człowieka i godność polskiej mniejszości na Białorusi.

Znadniemna.pl na podstawie Radio.bialystok.pl  i Facebook Małgorzaty Marii Gosiewskiej , na zdjęciu: Na pikiecie w Białymstoku przemawia organizator wydarzenia – Anna Kietlińska, prezes Podlaskiego Oddziału Stowarzyszenia „Wspólnota Polska”, fot.: facebook.com

W Białymstoku odbyła się kolejna, comiesięczna pikieta solidarności z Andrzejem Poczobutem, polsko białoruskim dziennikarzem i działaczem Związku Polaków na Białorusi, od pięciu lat więzionym przez reżim Aleksandra Łukaszenki. Uczestnicy akcji podkreślali, że jego sytuacja dramatycznie się pogarsza, a represje wobec niego przybierają coraz bardziej brutalny

Przejdź do treści