HomeStandard Blog Whole Post

Ministerstwo Spraw Zagranicznych Litwy poinformowało, że w ramach złożonego fake newsa publikowano fake newsy, rzekomo powiązane z litewską dyplomacją. Dochodzenie w tej sprawie prowadzą już na Litwie odpowiednie służby. Hakerzy, którzy zaatakowali konto na Twitterze Tomasza Sakiewicza, stronę „Poland Daily” oraz portal Związku Polaków na Białorusi Znadniemna.pl, zablokowali także szefowi „GP” dostęp do tweetdecka – aplikacji do zarządzania Twitterem. Jak dowiedział się portal Niezalezna.pl – atak na powiązany z Telewizją Republiką serwis „Poland Daily” został dokonany z Rygi, stolicy Łotwy.

Rasa Jakilaitiene, rzeczniczka litewskiego ministra spraw zagranicznych, powiedziała, że fałszywa wiadomość została umieszczona na polskiej stronie internetowej.

Fałszywe wiadomości pojawiły się na Polanddaily.com. W zamieszczonym tam artykule znalazła się uwaga ministra Linkeviciusa, w której twierdził, że na Białoruś trzeba wysłać siły pokojowe – powiedziała rzeczniczka.

Rzeczniczka litwewskiego MSZ zwróciła uwagę, że dla podniesienia wiarygodności fake newsa w artykule pojawiała się także wzmianka na temat polskiego ministra spraw zagranicznych.

Ministerstwo Spraw Zagranicznych Litwy wydało oświadczenie zaprzeczające fałszywym informacjom. Potwierdzono, że odpowiednie służby wszczęły już w tej sprawie dochodzenie.

Jest wysoce prawdopodobne, że trwa cyberatak informacyjny, który jest obecnie badany przez władze litewskie – czytamy w komunikacie.

Redaktor naczelny „Gazety Polskiej” stracił dostęp do konta (zmieniono hasło), na którym wstawiono odnośnik do artykułu zamieszczonego na portalu Znadniemna.pl, który prowadzi Związek Polaków na Białorusi. Ów artykuł to także cyberprowokacja. Dowiadujemy się z niego, że „Polska i Litwa wzywają NATO do wysłania wojsk na Białoruś”.

Podrobiony artykuł na portalu „Poland Daily” nosił tytuł „Polska i Litwa naciskają na wysłanie wojsk na Białoruś”. Napisany był w języku angielskim i podobnie jak publikacja wrzucona na Znadniemna.pl, dezinformował o rzekomych naciskach Polski, Litwy i Stanów Zjednoczonych na NATO. W tekście pojawiły się też nazwiska ministra spraw zagranicznych Polski Zbigniewa Rau oraz Swiatłany Cichanouskiej. Na zdjęciu głównym umieszczono szefa litewskiej dyplomacji Linasa Linkevičiusa.

To nie pierwszy rosyjski atak na media związane ze „Strefą Wolnego Słowa”. Przypomnijmy: w maju 2020 r. portal Niezalezna.pl dwukrotnie padł ofiarą rosyjskich hakerów, którzy zmieniali treść naszych publikacji.

Na naszą stronę (a także na portale Telewizji Republika, Radia Szczecin, olsztyn24.pl oraz stronę gminy Orzysz, gdzie znajduje się garnizon) wstawiono artykuł pt. Amerykanie „chwalą” pobyt w Drawsku. „Jedyne czym mogą strzelić to gumki od majtek”

Gdy opublikowaliśmy informację o tym ataku, Rosjanie dokonali kolejnego włamania, zmieniając ją na „newsa”, że Niezalezna.pl przyznaje się do autorstwa wcześniejszego artykułu.

To nie koniec działań Moskwy przeciwko naszym mediom. Pod koniec maja na anglojęzycznym prorosyjskim portalu „The Duran” ukazał się „wywiad”, przeprowadzony rzekomo przez Katarzynę Gójską dla „Gazety Polskiej”. Rozmówcą wicenaczelnej tygodnika miał być amerykański generał broni Christopher G. Cavoli, dowódca sił amerykańskich w Europie. Nie trzeba chyba dodawać, że rozmowa, w której Cavoli twierdzi, że Polska i kraje bałtyckie są fatalnie zorganizowane pod względem militarnym, została w całości wymyślona.

Znadniemna.pl za niezalezna.pl

Ministerstwo Spraw Zagranicznych Litwy poinformowało, że w ramach złożonego fake newsa publikowano fake newsy, rzekomo powiązane z litewską dyplomacją. Dochodzenie w tej sprawie prowadzą już na Litwie odpowiednie służby. Hakerzy, którzy zaatakowali konto na Twitterze Tomasza Sakiewicza, stronę „Poland Daily” oraz portal Związku Polaków na

Świątynia św. Szymona i św. Heleny w Mińsku – jeden z najbardziej rozpoznawalnych symboli katolickiej obecności w centrum miasta – od czterech lat pozostaje zamknięta po pożarze wywołanym przez nieznanych sprawców. Mimo widocznego postępu robót państwo nadal nie przekazuje wiernym żadnych oficjalnych informacji o przebiegu rekonstrukcji ani o tym, na jakich zasadach kościół miałby zostać zwrócony parafii. W praktyce jedynym źródłem wiedzy pozostają ogłoszenia publikowane w systemie zamówień publicznych, które pozwalają odtworzyć rzeczywisty stan zaawansowania prac.

Najświeższe ogłoszenie wskazuje, że inwestycja weszła w etap prac wykończeniowych. Wykonawca poszukuje podwykonawcy do montażu szklanego daszku nad wejściem do podziemi, metalowych schodów oraz ogrodzeń wewnętrznych. To elementy pojawiające się dopiero wtedy, gdy zasadnicze prace konstrukcyjne są zakończone. Harmonogram przewiduje rozpoczęcie robót w październiku i ich zakończenie w ciągu dwóch miesięcy, co potwierdza, że obiekt jest bliski finalizacji.

Jednocześnie ujawnione zmiany w pierwotnym projekcie rekonstrukcji budzą uzasadniony niepokój wiernych. Z dokumentacji wynika, że pomieszczenie kancelarii parafialnej na parterze zostało przekształcone w hol, bez wskazania alternatywnego miejsca dla biura parafii. To nie jest drobna korekta – kancelaria stanowi podstawowy element funkcjonowania każdej parafii, miejsce kontaktu wiernych z duszpasterzami, prowadzenia dokumentacji i organizacji życia wspólnoty. Jej usunięcie z planu może oznaczać zmianę modelu działania parafii albo ograniczenie jej autonomii.

Jeszcze bardziej znacząca jest zmiana w podziemiach, gdzie dwa pomieszczenia przeznaczone na zajęcia formacyjne dla dorosłych zastąpiono magazynami na sprzęt gospodarczy. W praktyce oznacza to rezygnację z przestrzeni, która miała służyć życiu wspólnotowemu i edukacji religijnej. Jeśli nie przewidziano dla tych funkcji innych pomieszczeń, może to wskazywać na zamiar ograniczenia działalności duszpasterskiej w Czerwonym Kościele po jego ponownym otwarciu.

Wszystkie te sygnały pojawiają się w momencie, gdy do planowanego oddania obiektu do użytku pozostają cztery miesiące. Zgodnie z harmonogramem kościół ma zostać otwarty w styczniu 2027 roku. Mimo to wierni nadal nie wiedzą, czy będą mogli wrócić do swojej świątyni ani czy parafia zachowa dotychczasowy zakres działalności. W parafii trwa modlitwa o jak najszybszy zwrot kościoła i możliwość sprawowania w nim sakramentów. Co znamienne, do modlitwy po niedzielnych Mszach wzywa głównie wikariusz; z kolei proboszcz w swoich ogłoszeniach rzadko wspomina o świątyni, co wierni odbierają jako sygnał niepewności lub wywieranej na niego presji.

Wrzesień 2026 roku przynosi bolesną rocznicę – mijają cztery lata od zamknięcia Czerwonego Kościoła po ataku nieznanych sprawców, który doprowadził do pożaru i rozpoczął najdłuższy, po czasach sowieckich, okres niedostępności tej świątyni dla wiernych w jej historii. Dziś, mimo widocznego postępu prac, przyszłość kościoła pozostaje niejasna, a wprowadzone zmiany w projekcie każą pytać, czy rekonstrukcja jest wyłącznie technicznym odnowieniem zabytku, czy też elementem szerszego planu dotyczącego roli parafii w centrum Mińska.

Znadniemna.pl na podstawie Katolik.life, fot.: Katolik.life

Świątynia św. Szymona i św. Heleny w Mińsku – jeden z najbardziej rozpoznawalnych symboli katolickiej obecności w centrum miasta – od czterech lat pozostaje zamknięta po pożarze wywołanym przez nieznanych sprawców. Mimo widocznego postępu robót państwo nadal nie przekazuje wiernym żadnych oficjalnych informacji o przebiegu

Na dawnych Kresach Wschodnich, szczególnie na terenach dzisiejszej Białorusi, dzień świętych Prota i Hiacynta – obchodzony 11 września – przez stulecia pełnił rolę ważnego punktu orientacyjnego w ludowym kalendarzu rolniczym. W tradycji polskiej obecnej na Grodzieńszczyźnie, Polesiu i Wileńszczyźnie Hiacynt funkcjonował jako Jacek, a jego wrześniowe święto obrosło siecią powiedzeń, które łączyły obserwację nieba z doświadczeniem życia na pograniczu kultur.

W kulturze ludowej Kresów dzień 11 września był momentem, w którym zaczynano „czytać jesień”. Rolnicy, żyjący w rytmie natury, traktowali wrześniowe znaki pogodowe jako wskazówki dotyczące nadchodzących miesięcy. Właśnie na ziemiach dzisiejszej Białorusi utrwaliły się przysłowia, które do dziś stanowią świadectwo dawnego sposobu myślenia o świecie. Mówiono: „Gdy na Jacka pogodnie, suche w jesieni dnie”, a także „Jeśli na Jacka nie panuje plucha, to pewnie zima będzie sucha”. Te krótkie formuły, przekazywane z pokolenia na pokolenie, były nie tylko praktyczną prognozą, lecz także elementem lokalnej tożsamości. W okolicach Lidy i Wołkowyska popularne było również żartobliwe powiedzenie: „Ze wszystkich świętych najlepszy Jacek, bo kto żyje, dostał placek”, które pokazuje kresowy humor i lekkość, z jaką mieszkańcy potrafili łączyć sacrum z codziennością.

W tradycji białorusko‑polskiego pogranicza funkcjonował także wrześniowy „łańcuch wróżb”, w którym dzień świętych Prota i Hiacynta łączył się z końcem miesiąca. Powtarzano: „Jeśli na świętego Prota jest pogoda albo słota, to na świętego Hieronima deszczyk jest, albo go ni ma”. To charakterystyczny dla Kresów sposób wiązania dat liturgicznych z obserwacją przyrody. W społecznościach wiejskich, gdzie kalendarz kościelny był równocześnie kalendarzem rolniczym, takie zależności miały realne znaczenie – pozwalały przewidywać, czy jesień będzie sucha, mokra, długa czy krótka, a w konsekwencji, jaka może być zima.

Historyczne znaczenie tych powiedzeń wynika również z obecności dominikanów, którzy od XIII wieku działali na terenach dzisiejszej Białorusi, szerząc kult św. Jacka Odrowąża. To sprawiło, że imię Jacek było tu dobrze znane, a jego wrześniowe wspomnienie nabrało lokalnego kolorytu. W połączeniu z wielowiekowym doświadczeniem rolniczym, z surowym klimatem Polesia i z kresową wrażliwością na rytm natury, przysłowia o Jackowej pogodzie stały się trwałym elementem kultury, który przetrwał nawet po zniknięciu dawnego świata Kresów.

Opr. Emilia Kuklewska na podstawie Julian Krzyżanowski, Nowa księga przysłów polskich i wyrażeń przysłowiowych, t. I–IV, Warszawa 1969–1978,  na obrazku: jedna z wersji śmierci męczeńskiej św.św. Prota i Hiacynta (manuskrypt z XIV w.), źródło: Wikipedia

Na dawnych Kresach Wschodnich, szczególnie na terenach dzisiejszej Białorusi, dzień świętych Prota i Hiacynta – obchodzony 11 września – przez stulecia pełnił rolę ważnego punktu orientacyjnego w ludowym kalendarzu rolniczym. W tradycji polskiej obecnej na Grodzieńszczyźnie, Polesiu i Wileńszczyźnie Hiacynt funkcjonował jako Jacek, a jego

Podjęta 8 września przez Rygę decyzja o całkowitym wstrzymaniu od 2027 roku autobusowych przewozów pasażerskich do Rosji i Białorusi wywołała natychmiastowy rezonans w Wilnie. Litwa, choć od miesięcy zaostrza politykę wobec reżimu Łukaszenki, wciąż pozostaje krajem, przez który codziennie przejeżdżają tysiące pasażerów. Dziś musi odpowiedzieć na pytanie, czy podążyć drogą Łotwy — czy też zachować własny, bardziej ostrożny kurs.

Łotewskie Ministerstwo Transportu ogłosiło projekt zmian w ustawie o transporcie samochodowym, które przewidują pełne zawieszenie autobusowych przewozów pasażerskich do Rosji i Białorusi. To decyzja polityczna, ale także symboliczna: Ryga chce przeciąć ostatnie regularne połączenia komunikacyjne z państwami, które uznaje za zagrożenie dla bezpieczeństwa narodowego. W praktyce oznacza to koniec wszystkich tras, które dotąd funkcjonowały mimo sankcji, zamkniętych przejść granicznych i napięć dyplomatycznych.

W Wilnie wiadomość ta wywołała natychmiastową reakcję. Konserwatywny poseł Arvydas Anušauskas wezwał litewski rząd do przyłączenia się do łotewskiej inicjatywy. Jego argument jest prosty: jeśli Litwa nie podejmie podobnej decyzji, stanie się „tranzytowym korytarzem”, który przejmie ruch z Łotwy. To nie tylko kwestia polityki, lecz także bezpieczeństwa — wspólne stanowisko państw regionu miałoby zamknąć ostatnie luki w systemie sankcji.

Litwa jednak nie jest w sytuacji identycznej jak Łotwa. Między Wilnem a Białorusią kursuje około trzydziestu autobusów dziennie, przewożących blisko trzy tysiące pasażerów. To nie są abstrakcyjne liczby — to realni ludzie: pracownicy, studenci, osoby odwiedzające rodziny, a także ci, którzy z powodów politycznych lub ekonomicznych nie mogą korzystać z transportu kolejowego czy lotniczego. Litewscy przewoźnicy przyznają, że zakaz nie doprowadziłby branży do upadku, a furm przewozowych do bankructwa, ale dotknąłby tysiące osób. Prezes litewskiej organizacji przewoźników, Gintaras Nakutis, mówi wprost: „nic katastroficznego się nie stanie, choć będą skutki uboczne”.

W tym sporze o przyszłość połączeń autobusowych pojawia się także perspektywa białoruska. W Mińsku i Grodnie decyzje Wilna i Rygi są odbierane jako kolejny etap izolacji, który uderza przede wszystkim w zwykłych ludzi. Białoruskie media podkreślają, że dla wielu mieszkańców pogranicza autobusy są jedynym dostępnym środkiem transportu do Unii Europejskiej. Zwracają też uwagę, że Litwa posiada 29 aktywnych zezwoleń na przewozy do Rosji i Białorusi, z czego 17 to trasy z Wilna do Mińska, Grodna, Homla, Lidy i Oszmian. Ich likwidacja byłaby nie tylko gestem politycznym, lecz także realnym zamknięciem codziennej drogi komunikacyjnej.

Litwa więc stoi dziś przed wyborem, który nie jest prosty. Z jednej strony presja polityczna i argumenty bezpieczeństwa — z drugiej konsekwencje społeczne, gospodarcze i humanitarne. Łotwa już podjęła decyzję. Wilno wciąż się waha, świadome, że każdy ruch będzie miał dalekosiężne skutki.

Znadniemna.pl na podstawie LRT.lt oraz Delfi.lt, zdjęcie ilustracyjne, fot.: transinfo.pl

Podjęta 8 września przez Rygę decyzja o całkowitym wstrzymaniu od 2027 roku autobusowych przewozów pasażerskich do Rosji i Białorusi wywołała natychmiastowy rezonans w Wilnie. Litwa, choć od miesięcy zaostrza politykę wobec reżimu Łukaszenki, wciąż pozostaje krajem, przez który codziennie przejeżdżają tysiące pasażerów. Dziś musi odpowiedzieć

Dziś w 135. rocznicę urodzin wspominamy Ignacego Matuszewskiego — człowieka, który potrafił czytać Wschód lepiej niż jego przeciwnicy i całe swoje życie spędził na styku kultur, języków oraz imperiów. Wschód był jego żywiołem, a Kresy jego naturalnym polem działania. To właśnie tam zdobył doświadczenie, które w czasie próby pozwoliło mu przewidywać ruchy przeciwnika z precyzją, jakiej nie miał nikt inny.

Ignacy Matuszewski urodził się 10 września 1891 roku w Warszawie, lecz jego biografia bardzo szybko przeniosła się na mapę dawnej Rzeczypospolitej. Gdy w Imperium Rosyjskim wybuchła rewolucja, Ignacy znalazł się w Piotrogrodzie, gdzie współorganizował Zjazd Wojskowych Polaków. Wśród uczestników zgromadzenia byli żołnierze z Mińska, Mohylewa, Witebska i Bobrujska — ludzie, którzy nosili w sobie kresową pamięć i determinację. To właśnie tam nasz bohater po raz pierwszy zetknął się z polską energią Wschodu w jej nowoczesnej, wojskowej formie.

W 1917 roku wszedł do Związku Wojskowych Polaków Garnizonu Mińskiego, w sam środek polskiej aktywności politycznej na ziemiach dzisiejszej Białorusi. Mińsk był wówczas miastem wielojęzycznym, ale wciąż głęboko zanurzonym w polskiej tradycji. Matuszewski szybko zrozumiał, że to miejsce stanie się jednym z kluczowych punktów jego życia.

W lutym 1918 roku bolszewicy skazali go zaocznie na śmierć. Odpowiedział czynem, który przeszedł do legendy: na czele polskiego oddziału wkroczył do Mińska Litewskiego i przepędził z miasta bolszewicki garnizon. Przez kilka dni był polskim komendantem Mińska — człowiekiem, który w czasie rewolucyjnego chaosu przywrócił w mieście polski porządek. Ten epizod jest jednym z najbardziej kresowych momentów w historii II RP: Polak z Warszawy obejmuje komendę nad Mińskiem, bo wie, że tam właśnie rozstrzyga się polska sprawa.

Po Mińsku był Bobrujsk. Matuszewski próbował ratować stacjonujący w miejscowej twierdzy I Korpus Polski, ostoję polskości na ziemiach białoruskich. Gdy Niemcy przystąpili do rozbrajania polskich oddziałów, podjął próbę przejęcia dowództwa, aby ocalić polską siłę zbrojną na Wschodzie. Nie udało się — musiał uciekać. Ukrywał się w Kijowie, mieście, które wówczas było jednym z najważniejszych punktów polskiej konspiracji. Jego życie w tych latach było jak nieustanny marsz przez mapę dawnej Rzeczypospolitej: Mińsk, Bobrujsk, Piotrogród, Kijów. To była geografia, która go ukształtowała.

W 1920 roku, w najtrudniejszym momencie wojny polsko-bolszewickiej, został szefem Oddziału II Naczelnego Dowództwa Wojska Polskiego. Józef Piłsudski oceniał jego pracę słowami, które przeszły do historii:

„Była to pierwsza wojna, którą Polska prowadziła od wielu stuleci, w czasie której mieliśmy więcej informacji o nieprzyjacielu niż on o nas.”

Ten cytat odnosi się do pracy wywiadu kierowanego przez Matuszewskiego. To właśnie jego kresowe doświadczenie — znajomość języków, mentalności, sposobu działania rosyjskich struktur — pozwoliło mu przewidywać ruchy przeciwnika z precyzją, która zmieniła bieg wojny.

Po wojnie Matuszewski stał się jednym z najważniejszych publicystów obozu piłsudczykowskiego. Jako minister skarbu prowadził politykę gospodarczą II RP, ale hiszpańskie czy francuskie echa w jego myśleniu o państwie wciąż miały kresowy fundament. W artykułach publikowanych w Wilnie i Warszawie ostrzegał przed imperialną logiką Moskwy, którą znał z własnego życia. Po 1939 roku, na emigracji w USA, walczył o polską sprawę z tą samą determinacją, z jaką w 1918 roku wchodził do Mińska.

Zmarł w 1946 roku w Nowym Jorku, daleko od miejsc, które go ukształtowały. Ale jego biografia pozostaje jedną z najważniejszych opowieści o polskim kresowym patriotyzmie — o człowieku, który wiedział, że Polska musi rozumieć Wschód, jeśli chce przetrwać.

Opr. Walery Kowalewski/Znadniemna.pl, fot.: Facebook.com/AWgovPL

Dziś w 135. rocznicę urodzin wspominamy Ignacego Matuszewskiego — człowieka, który potrafił czytać Wschód lepiej niż jego przeciwnicy i całe swoje życie spędził na styku kultur, języków oraz imperiów. Wschód był jego żywiołem, a Kresy jego naturalnym polem działania. To właśnie tam zdobył doświadczenie, które

Władze Białorusi po raz kolejny próbują sprzedać zabytkową ikonę należącą do ks. Henryka Okołotowicza, byłego więźnia politycznego. Zwycięzca poprzedniej – lipcowej aukcji – nie uiścił opłaty, dlatego obiekt – datowany na XVIII wiek i mający status cennego zabytku – ponownie trafił na licytację, tym razem z obniżoną ceną wywoławczą. To kolejny element trwającego od miesięcy procesu wyprzedaży majątku duchownego, prowadzonego przez państwo już po jego wywiezieniu do Rzymu.

Ikona „Zmartwychwstanie Chrystusa z grobu”, malowana olejem na drewnie i mająca wymiary 31 na 31 centymetrów, została ponownie wystawiona na aukcję za 2400 rubli. W lipcu jej cena wywoławcza wynosiła 3200 rubli, jednak zwycięzca tamtych licytacji nie sfinalizował transakcji. W opisie lotu podkreślono historyczną i artystyczną wartość obiektu, wskazując, że stanowi on część dziedzictwa kulturowego.

To kolejny przypadek, gdy władze próbują sprzedać przedmioty należące do ks. Okołotowicza. W ostatnich miesiącach na aukcje trafiały już jego samochody, cztery inne ikony oraz działka w rejonie baranowickim. W sierpniu ogłoszono również licytację jego Volkswagena Transportera z 2007 roku, wyznaczoną na 15 września.

Proces wyprzedaży majątku duchownego trwa mimo jego zwolnienia z kolonii karnej w listopadzie 2025 roku i przymusowego wyjazdu do Rzymu. Ks. Okołotowicz został zatrzymany w 2023 roku i oskarżony o „zdradę państwa”, do której się nie przyznał . W czasie uwięzienia zmagał się z poważnymi problemami zdrowotnymi, w tym chorobą onkologiczną i skutkami przebytych operacji. Po jego wywiezieniu z Białorusi działania wobec niego przybrały formę ekonomicznego nacisku – poprzez systematyczne przejmowanie i wystawianie na sprzedaż jego własności.

Znadniemna.pl na podstawie Svaboda.org, na zdjęciu: wystawiona na aukcję zabytkowa ikona „Zmartwychwstanie Chrystusa z grobu”, należąca do ks. Henryka Okołotowicza, fot.: e-auction.by

Władze Białorusi po raz kolejny próbują sprzedać zabytkową ikonę należącą do ks. Henryka Okołotowicza, byłego więźnia politycznego. Zwycięzca poprzedniej - lipcowej aukcji - nie uiścił opłaty, dlatego obiekt – datowany na XVIII wiek i mający status cennego zabytku – ponownie trafił na licytację, tym razem

Kilka tygodni po tym, jak wierni dowiedzieli się, że dominikanie nie będą mogli dalej posługiwać w Mohylewie, metropolita mińsko‑mohylewski abp Józef Staniewski ogłosił utworzenie kapituły kolegiackiej przy konkatedrze Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny. Decyzję tę ogłoszono 6 września w Białyniczach, podczas uroczystości związanych z 265. rocznicą koronacji cudownego obrazu Matki Bożej Białynickiej. Nowa kapituła ma zapewnić stabilność duszpasterską i kontynuację życia religijnego po odejściu zakonników.

W połowie sierpnia wierni usłyszeli, że dominikanie, obecni w Mohylewie niemal dwadzieścia lat, nie otrzymali zgody władz państwowych na dalszą posługę. O. Roman Schulz, który przez lata organizował Mohylewski Kongres Różańcowy, rozwijał kult św. królowej Jadwigi i był jedną z najbardziej rozpoznawalnych postaci lokalnego Kościoła, pożegnał się z parafią 15 sierpnia, podczas uroczystości Wniebowzięcia NMP. Zgodnie z obowiązującymi na Białorusi przepisami, zakon może prowadzić pełną działalność duszpasterską tylko wtedy, gdy w parafii pracuje co najmniej dwóch zakonników. W obecnych warunkach nie było to możliwe, dlatego parafia musiała zostać przekazana kapłanom diecezjalnym. Odejście dominikanów pozostawiło w Mohylewie wyraźną lukę duszpasterską, a dla wielu wiernych było wydarzeniem bolesnym i symbolicznym.

W tym kontekście abp Staniewski ogłosił powołanie kapituły kolegiackiej. Uczynił to w Białyniczach, miejscu od wieków związanym z kultem maryjnym. W swoim słowie nazwał Białynicze „historycznym miejscem mohylewskiej ziemi, gdzie Najświętsza Maryja Panna postawiła swój tron i gdzie przez stulecia dokonywały się liczne cuda za Jej wstawiennictwem”. Przypomniał, że uroczystość odbywa się w 265. rocznicę koronacji cudownego obrazu papieskimi koronami oraz w 35. rocznicę odrodzenia struktur Kościoła katolickiego na Białorusi. Cytując hymn do Matki Bożej Białynickiej, mówił o „słońcu nadziei” jaśniejącym nad mohylewską ziemią, a przywołując świadectwa kapucyna brata Wacława Nowakowskiego, podkreślał, że spojrzenie Maryi z cudownego obrazu „przenikało duszę, wlewając wiarę, nadzieję i miłość”.

Arcybiskup przypomniał także słowa poetów, którzy przez wieki inspirowali się białynickim sanktuarium. Dziewiętnastowieczna polska poetka Gabriela Puzynina nazywała Białynicze „tronem Maryi”, a współczesna białoruska literatka Danuta Bicziel prosiła: „Matko z Bożych Białynicz, rozświetl Białoruś jasnością Twoją”. W swoim słowie hierarcha odwołał się również do nauczania Soboru Watykańskiego II, przypominając, że Maryja „świeci pielgrzymującemu ludowi Bożemu jako znak pewnej nadziei i pociechy”, oraz do duchowości św. Ludwika Marii Grignion de Montfort, który pisał, że „przez Maryję rozpoczęło się zbawienie świata i przez Maryję ma się ono dopełnić”. Arcybiskup zachęcił wiernych, aby w tym duchu odnawiali swoje „fiat” wobec Boga, tak jak Maryja odnawiała je w każdym momencie życia.

Po zakończeniu uroczystości abp Staniewski podziękował obecnemu w Białyniczach nuncjuszowi apostolskiemu abp. Ignazio Ceffalia, biskupom, kapłanom, osobom konsekrowanym, pielgrzymom, chórowi, wolontariuszom oraz wszystkim, którzy przyczynili się do organizacji święta. Szczególne słowa wdzięczności skierował do proboszcza ks. Józefa Sierpejki i parafian za ich oddanie i miłość do Matki Bożej.

W obecności cudownego obrazu Matki Bożej Białynickiej arcybiskup ogłosił powstanie kapituły kolegiackiej przy mohylewskiej konkatedrze. Jej patronami zostali Matka Boża Białynicka, Królowa Białorusi, oraz św. Antoni z Padwy, od XVI wieku czczony jako opiekun Mohylewa. Arcybiskup podkreślił, że oboje będą duchowymi filarami kapituły, jej obroną i inspiracją w służbie Bogu i ludziom. Pierwszym mianowanym kanonikiem został biskup Aleksander Jaszewski SDB, który obejmie funkcję dziekana kapituły. Jego nominacja jest wyrazem uznania dla wieloletniej pracy duszpasterskiej, troski o mohylewską ziemię i oddania kultowi Matki Bożej Białynickiej. Kolejni kanonicy, zarówno gremialni, jak i honorowi, zostaną powołani po zakończeniu przygotowań i konsultacji, aby nowe gremium mogło rozwijać się w duchu odpowiedzialności i wierności tradycji Kościoła.

Na zakończenie uroczystości arcybiskup zawierzył mohylewską ziemię opiece Matki Bożej Białynickiej, prosząc o mocną wiarę dla rodzin, szczególnie młodzieży, oraz o odwagę dla kobiet. Modlitwę zakończył słowami: „O Białynicka Dziewo Maryjo, Królowo Białorusi, prowadź nas drogą Twojego Syna”.

Znadniemna.pl na podstawie Catholic.by, na zdjęciu: Kontrkatedra Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny w Mohylewie, fot.: Wikipedia

Kilka tygodni po tym, jak wierni dowiedzieli się, że dominikanie nie będą mogli dalej posługiwać w Mohylewie, metropolita mińsko‑mohylewski abp Józef Staniewski ogłosił utworzenie kapituły kolegiackiej przy konkatedrze Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny. Decyzję tę ogłoszono 6 września w Białyniczach, podczas uroczystości związanych z 265. rocznicą

Urodzona na Białorusi łuczniczka Karina Kozłowska została największą bohaterką XC Mistrzostw Polski Seniorów, które odbyły się w Białymstoku w dniach od 3 do 6 września 2026 roku. Nasza krajanka zdobyła aż siedem złotych medali, triumfując na wszystkich kluczowych dystansach oraz w konkurencjach drużynowych i mieszanych. Jej spektakularny sukces jest zwieńczeniem niezwykle krętej drogi — od represji w białoruskiej kadrze, przez emigrację w 2022 roku, aż po odbudowanie kariery sportowej w Polsce.

Kozłowska jeszcze kilka lat temu była jedną z najważniejszych zawodniczek białoruskiej reprezentacji. Startowała na Igrzyskach Europejskich 2019, zdobywając srebro, oraz na Igrzyskach Olimpijskich w Tokio, gdzie zajęła czwarte miejsce w rywalizacji drużynowej.

Jej problemy zaczęły się po wyborach 2020 roku. Podpisała List białoruskich sportowców przeciwko przemocy i fałszowaniu wyników wyborów, co natychmiast ściągnęło na nią uwagę służb. Po powrocie z Tokio była poddawana presji, kontrolom i „testom lojalności”.

Po wybuchu wojny Rosji przeciwko Ukrainie sytuacja sportowców w Białorusi jeszcze bardziej się zaostrzyła. Władze zaczęły wymagać od zawodników jednoznacznych deklaracji politycznych. Kozłowska odmówiła. Wkrótce została zwolniona dyscyplinarnie z Instytutu Naukowo‑Badawczego Ministerstwa Obrony, gdzie była formalnie zatrudniona jako sportowiec.

W kwietniu 2022 roku opuściła Białoruś w tajemnicy, nie informując nawet rodziny. Po przyjeździe do Polski znalazła wsparcie w klubie Łucznik Żywiec, który pomógł jej w legalizacji pobytu, zapewnił mieszkanie i umożliwił powrót do treningów. W 2023 roku otrzymała polskie obywatelstwo i została powołna do kadry narodowej.

Droga do odbudowania formy nie była prosta — po zmianie kraju i środowiska sportowego przyszło chwilowe załamanie wyników i konflikt z trenerem. Kozłowska jednak nie zrezygnowała.

W 2026 roku nastąpił przełom. Jej forma rosła z zawodów na zawody, aż podczas wrześniowych Mistrzostw Polski Seniorów w Białymstoku osiągnęła historyczny wynik: siedem złotych medali — na dystansach 30, 50, 60 i 70 metrów, w mikście, w drużynie, oraz w głównej konkurencji indywidualnej.

Karina Kozłowska na najwyższym stopniu podium w konkurencji indywidualnej, fot.: archery.pl

Oficjalne wyniki Polskiego Związku Łuczniczego potwierdzają jej absolutną dominację — Kozłowska była najlepsza w każdej konkurencji, w której wystartowała.

Znadniemna.pl na podstawie Archery.pl, na zdjęciu: Karina Kozłowska, fot.: facebook.com

Urodzona na Białorusi łuczniczka Karina Kozłowska została największą bohaterką XC Mistrzostw Polski Seniorów, które odbyły się w Białymstoku w dniach od 3 do 6 września 2026 roku. Nasza krajanka zdobyła aż siedem złotych medali, triumfując na wszystkich kluczowych dystansach oraz w konkurencjach drużynowych i mieszanych.

Po ponad pięciu latach więzienia i kwietniowym uwolnieniu w ramach wymiany między Mińskiem a Warszawą Andrzej Poczobut ponownie przekroczył granicę Białorusi – informuje „Gazeta Wyborcza”. Działacz polskiej mniejszości i korespondent „Wyborczej”, skazany w 2023 roku na osiem lat kolonii za swoje publikacje i poglądy, wrócił do Grodna — choć, jak zapowiada, już za tydzień planuje ponownie przyjechać do Polski.

Powrót Poczobuta jest wydarzeniem symbolicznym dla polskiej społeczności na Białorusi. Dziennikarz został zatrzymany w marcu 2021 roku, a następnie oskarżony o „rozpalanie wrogości” i „działania godzące w bezpieczeństwo państwa”. Władze uczyniły z jego tekstów i wypowiedzi — zwłaszcza dotyczących historii i polsko‑białoruskich relacji — pretekst do procesu o charakterze politycznym, będącego częścią szerszej kampanii przeciwko niezależnym środowiskom i miejscowym Polakom.

W lutym 2023 roku sąd skazał go na osiem lat kolonii karnej. Poczobut spędził w więzieniu ponad pięć lat, aż do 28 kwietnia 2026 roku, kiedy został uwolniony w ramach wymiany między Polską a Białorusią i przekazany stronie polskiej. Mimo że po wyjściu na wolność mógł pozostać w Polsce, wielokrotnie podkreślał, że jego dom jest w Grodnie — i teraz wrócił tam, gdzie żyje jego rodzina i gdzie od lat działa polska społeczność.

Jego decyzja jest odbierana jako wyraz lojalności wobec lokalnej wspólnoty Polaków, która od dawna znajduje się pod presją władz.

Znadniemna.pl na podstawie Wyborcza.pl, na zdjęciu: Andrzej Poczobut w Grodnie 8 września 2026 roku, fot.: x.com/poczobut

Po ponad pięciu latach więzienia i kwietniowym uwolnieniu w ramach wymiany między Mińskiem a Warszawą Andrzej Poczobut ponownie przekroczył granicę Białorusi - informuje „Gazeta Wyborcza”. Działacz polskiej mniejszości i korespondent „Wyborczej”, skazany w 2023 roku na osiem lat kolonii za swoje publikacje i poglądy, wrócił

W 2025 roku liczba pierwszych zezwoleń na pobyt dla obywateli Białorusi spadła o 15,5 proc., a niemal cały ruch migracyjny koncentruje się w Polsce i na Litwie.

W 2025 roku kraje Unii Europejskiej wydały Białorusinom 147,6 tys. pierwszych zezwoleń na pobyt – o ponad 27 tys. mniej niż rok wcześniej i ponad dwukrotnie mniej niż w rekordowym 2022 roku. Dane Eurostatu pokazują, że Polska pozostaje głównym kierunkiem migracji, odpowiadając za 87 proc. wszystkich dokumentów, a Litwa za kolejne 8 proc.. Łącznie te dwa państwa wystawiły 95 proc. wszystkich zezwoleń dla obywateli Białorusi.

Spadek liczby dokumentów dotyczy niemal wyłącznie Polski i Litwy. W Polsce liczba zezwoleń zmniejszyła się z 151,1 tys. do 128,5 tys., a na Litwie – z 15,8 tys. do 11,9 tys. W pozostałych krajach UE nie odnotowano podobnego trendu: Niemcy i Włochy zanotowały wzrost, a Hiszpania utrzymała poziom z poprzedniego roku.

Najczęstszą podstawą uzyskania pierwszego pozwolenia pozostaje praca – w 2025 roku wydano na tej podstawie 83,6 tys. dokumentów, czyli 56,6 proc. wszystkich. Wyraźnie wzrosła natomiast migracja rodzinna, która jako jedyna zanotowała wzrost – z 6730 do 8102 zezwoleń. Spadły natomiast pozwolenia związane z nauką oraz kategoria „inne powody”.

Struktura demograficzna pozostaje stabilna: dwie trzecie nowych migrantów to mężczyźni, a prawie 80 proc. osób mieści się w wieku 20–59 lat, co potwierdza dominację migracji zarobkowej. Najliczniejszą grupę stanowią osoby w wieku 35–39 lat.

Choć liczba nowych zezwoleń maleje, nie oznacza to powrotów do kraju. Eurostat rejestruje wyłącznie nowe dokumenty, a nie wszystkich Białorusinów już mieszkających w UE. Szacunki dotyczące emigracji po 2020 roku pozostają rozbieżne – od 200 do nawet 600 tys. osób.

 Znadniemna.pl na podstawie Belsat.eu, fot.: Nasha Niva

W 2025 roku liczba pierwszych zezwoleń na pobyt dla obywateli Białorusi spadła o 15,5 proc., a niemal cały ruch migracyjny koncentruje się w Polsce i na Litwie. W 2025 roku kraje Unii Europejskiej wydały Białorusinom 147,6 tys. pierwszych zezwoleń na pobyt – o ponad 27 tys.

Przed Pomorskim Urzędem Wojewódzkim w Gdańsku w poniedziałek, 7 września, odbył się protest cudzoziemców, w tym licznej grupy Białorusinów. Uczestnicy domagali się skrócenia czasu rozpatrywania wniosków o legalizację pobytu oraz większej przejrzystości działań administracji.

Choć problem przewlekłych postępowań migracyjnych narastał od miesięcy, dopiero teraz cudzoziemcy zdecydowali się na masową, publiczną demonstrację. Wielu z nich przyjechało do Gdańska z różnych części województwa, podkreślając, że brak decyzji administracyjnych blokuje ich życie zawodowe i rodzinne. W relacjach uczestników powtarzało się jedno: niepewność stała się codziennością, a próby uzyskania informacji w urzędzie kończą się milczeniem lub kolejnymi odroczeniami.

W kolejnych wystąpieniach podkreślano, że problem nie dotyczy pojedynczych przypadków, lecz tysięcy osób, które od dawna próbują uregulować swój status w Polsce. Wielu protestujących mówiło o sytuacjach, w których brak decyzji uniemożliwia podpisanie umowy o pracę, przedłużenie najmu mieszkania czy wyjazd za granicę. Cudzoziemcy zwracali uwagę, że w praktyce żyją w stanie zawieszenia, a każda wizyta w urzędzie kończy się jedynie informacją o „konieczności dalszego oczekiwania”.

Wśród zgromadzonych dominowali Białorusini, którzy przypominali, że dla osób uciekających przed represjami przewlekłość postępowań ma szczególnie dotkliwe konsekwencje. Wielu z nich przyjechało do Polski po wydarzeniach 2020 roku, licząc na stabilność i możliwość odbudowania życia. Teraz, jak mówili, czują się bezradni wobec urzędniczej ciszy, która utrudnia im integrację i odbiera poczucie bezpieczeństwa.

Z relacji opisujących przebieg wydarzenia wynika, że protest przebiegał spokojnie, a jego uczestnicy wielokrotnie podkreślali, że zależy im na dialogu z administracją. Wskazywali, że urząd wojewódzki powinien nie tylko przyspieszyć rozpatrywanie wniosków, lecz także poprawić komunikację z cudzoziemcami — zwłaszcza w sytuacjach, gdy sprawy trwają ponad rok. W tym kontekście warto przywołać ustalenia „Dziennika Bałtyckiego”, który opisał przypadki oczekiwania na kartę pobytu sięgające nawet 28 miesięcy. To pokazuje, że problem ma charakter systemowy i dotyka szerokiej grupy osób próbujących zalegalizować pobyt w Polsce, nie tylko uczestników gdańskiego protestu.

Na zakończenie zgromadzenia przedstawiciele inicjatywy zapowiedzieli, że będą monitorować reakcję władz i w razie braku zmian planują kolejne protesty. Podkreślili, że ich działania nie są wymierzone przeciwko Polsce, lecz mają zwrócić uwagę na realne problemy, które utrudniają życie ludziom chcącym tu pracować, studiować i budować przyszłość.

Znadniemna.pl na podstawie Dziennikbaltycki.pl na zdjęciu: protestujący przed Pomorskim Urzędem Wojewódzkim w Gdańsku, fot.: Mostmedia.io

Przed Pomorskim Urzędem Wojewódzkim w Gdańsku w poniedziałek, 7 września, odbył się protest cudzoziemców, w tym licznej grupy Białorusinów. Uczestnicy domagali się skrócenia czasu rozpatrywania wniosków o legalizację pobytu oraz większej przejrzystości działań administracji. Choć problem przewlekłych postępowań migracyjnych narastał od miesięcy, dopiero teraz cudzoziemcy zdecydowali

Przejdź do treści