Widgetized Section

Go to Admin » Appearance » Widgets » and move Gabfire Widget: Social into that MastheadOverlay zone

Nieznane Polesie – cd.

Publikujemy kolejny, przedostatni, odcinek relacji naszego czytelnika Mikołaja Sienkiewicza z Berezy o jego wycieczce etnograficznej na mało znane Polesie w okolice Zielonej Góry. Początek relacji opublikowaliśmy 30 maja.

Zapraszamy do lektury:

Waclaw_Towpik_Jan Powchowicz_Karol_Peterleiner

Repatrianci z Polesia do Ochli: Wacław Towpik, Jan Powchowicz, Karol Peterleiner

„Moi rozmówcy dowiadują się, że pochodzę z Błudenia, i od razu przypominają o swoich relacjach z błudnianami.

Peterleiter: – Miejsce za klasztorem nazywało się Kodziłowo. Błudnianie mieli większe pastwiska, ale ludzie z Berezy na nich podpasywali. Zawiązywały się bójki na kije. Kiedy błudnianie chcieli zaopatrzyć się w klasztorze amunicją, tam po wojnie był magazyn wojskowy, wypędzaliśmy ich z kijami.

Powchowicz: -Wówczas byliśmy pastuszkami, a błudnianie nie puszczali nas na swoje pastwisko koło Kreczetu (rzeczka koło Berezy- red.)No to z kijami w rękach toczyliśmy boje za pastwisko.

Byli mieszkańcy Berezy, są z reguły ludźmi pracowitymi, i na nowym miejscu, zapewniając sobie byt – kontynuowali pracę jako rolnicy. Rodzaj zajęć każdego następnego pokolenia jednak się zmieniał.

Towpik: – Byliśmy nieco rozczarowani, kiedy w latach 50. w Polsce zaczęto tworzyć kołchozy (PGR-y –red.). Po co nam te kołchozy?Przecież przed nimi uciekaliśmy. Wyuczyłem się więc na księgowego, Jan – na mechanika, a Karol – na elektryka.

Peterleiner: – Chleba już sami nie pieczemy, kupujemy w sklepach. Dzieci i wnukowie mają już taki temp życia, że ich prawie nie interesuje.

Jak układaliście relacje z miejscowymi Polakami?

– My, wschodniacy, jesteśmy zadziorni, trzymamy się jeden drugiego i nie pozwalamy się krzywdzić. Więc nas się nawet obawiali.

Obecnie czuje cie się już jako miejscowi, czy wciąż jako przyjezdni?

Powchowicz: – Generalnie się już przyzwyczailiśmy i zadomowiliśmy, ale duszą i sercem wciąż jesteśmy tam.

I pyta mnie: – W Nowosiołkach już położyli asfalt?

Tak. Tam są domy, ulice.

Peterleiner: – No to możesz wracać na swoją ojczyznę (śmieje się).

Powchowicz: -Nie mogę nawet jej odwiedzić, bo lata, a i zdrowie nie dopisuje. Pięć razy tam byłem…

Rozmawiać z nimi można w nieskończoność, ale czas mam limitowany.

Tęsknicie za Berezą?

Peterleiner: – Aż do dzisiaj. W Berezie żyliśmy biednie, ale było wesoło.

Z Wacławem Towpikiem jeszcze długo przeglądamy stertę zdjęć Berezy z 1968 roku, wykonanych przez jego brata. Niektóre ulice i miejsca znacznie się zmieniły od tamtej pory i z trudem można je zidentyfikować. Następnie wyjmuje kilka rodzinnych zdjęć z początku XX stulecia. Są na nich przystojni wojskowi i wystrojone panienki. Pan Wacław nazywa ich po imieniu. Zadziwiającą rzeczą jest ludzka pamięć.

Maria i Włodzimierz Małeccy

Maria i Włodzimierz Małeccy

Włodzimierz i Maria Małeccy mieszkają obok zabytkowego kościoła, wzniesionego pod koniec XIII stulecia. Cała chłopska rodzina Maleckich – matka, dziadek, babcia i czworo dzieci, w tym mały Włodek – mieszkała w Berezie przy ulicy Tatarskiej. Do Ochli wyjechali w 1945 roku. Ojciec Włodzimierza zmarł jeszcze w 1936 roku.

Już w Ochli Włodzimierz poznał Marię Weremiejczyk ze wsi Jastrąb i ożenił się z nią.

Najbardziej trwałe wspomnienia Włodzimierz ma z okresu wojny:

wieszali partyzantów na słupach w Berezie i spędzali wszystkich ludzi, aby zobaczyli. Dwa razy spędzali nas do czerwonych koszar, bo gdzieś w piekarni partyzanci podłożyli ładunek wybuchowy. Wszystkich ludzi – mężczyzn, kobiety, dzieci – spędzono na plac przed koszarami i nie pozwalano się rozejść, słychać było tylko lament i płacz. Tak ludzi trzymano przez cały dzień.

Włodzimierz pamięta dwa takie przypadki. Jego żona potwierdza, że tak samo było w Jastrąbiu. Partyzanci coś robili – całą wieś spędzano przed dom sołtysa i ludzie stali tam boso.

Włodzimierz i Maria chętnie, ze szczegółami, opowiadają o swoim życiu pod okupacją niemiecką. Kiedy dochodzimy do okresu powojennego, to okazuje się, iż obaj wyjechali do Polski tuż po kapitulacji Niemiec.

Włodzimierz po wojnie przyjeżdżał do Berezy, ale nie do rodzinnego domu, który spłonął, kiedy Niemcy wycofywali się z miasta paląc prawie całe centrum.

Maria wspomina, że wraz z rodzicami i czterema braćmi opuściła rodzinne strony ostatnim pociągiem, który wiózł ich z Błudenia do Ochli przez cały miesiąć.

Z Jastrąbia wyjechało wówczas pięć polskich rodzin. Repatriować się chcieli też Białorusini, ale ich nie wypuszczano.

Maria: – My też tęskniliśmy za domem. Chciało się wrócić. Wyjeżdżając, nie sądziliśmy, że to na zawsze. Liczyliśmy na powrót. Potem ośmiokrotnie jeździliśmy na : do rodzinnej wsi i do Mińska, do krewnych. Do dzisiaj otrzymuję od nich listy z Mińska.

Na pytanie, czy pamięta kogoś, z kim przyjechali do Ochli, Włodzimierz wymienia nazwiska: Powchowicz, Priłucki, a z Błufenia – Chadrysiak, Ciuszkiewicz, Łopurko, Czyż.

Założone w 2002 roku Stowarzyszenie Przyjaciół Wsi Ochla jednoczy ludzi, którzy nawiązują kontakty i organizują wyjazdy do ojczyzn przodków – na Białoruś, do krajów bałtyckich, na Ukrainę i nawet już współpracują z Niemcami – byłymi tutejszymi mieszkańcami. W Stowarzyszeniu działają Polacy z Berezy, Ukrainy i innych regionów Polski, a także Serbowie łużyccy. Prezes organizacji – Tadeusz Chrystowicz – jest jedyny, kto się urodził na Kresach, w Szczuczynie. Reszta działaczy to dzieci repatriantów.

Kiedy docieramy do domu Tadeusza Chrystowicza na spotkanie działaczy Stowarzyszenia, gospodarz przyjmuje nas w swoim ogrodzie w przytulnej altance z zastawionym jedzeniem stołem.

– Jerzy Poźniak z Berezy – przedstawia tęgiego mężczyznę, siedzącego przy stole.

– Nie Bereza, tylko Nowosiołki – poprawia gospodarza pan Jerzy, nieźle, choć z akcentem, mówiący po rosyjsku. – Mieszkaliśmy niedaleko wsi na chutorze, teraz tamtędy biegnie droga. Ja już tutaj się urodziłem, podobnie jak moja siostra i brat. O Berezie słyszałem od rodziców, wiele razy do niej jeździłem. Znamy Berezę tak samo dobrze, jak Ochlę. Rodzice wyjechali w 1945roku: ojciec Józef, mama Ewa, tata ojca – Gabriel i dziadek mamy – Adam. Do Ochli z nazwiskiem Poźniak przyjechało osiem rodzin. Kuzyni mojego taty zostali na Białorusi. Dla mnie są już obcy. W Nowosiołkach mieszka jeszcze ciocia, też z Poźniaków…

Kolejny berezianin Czesław Smoliński:

– Moja mama Józefa miała panieńskie nazwisko Małecka, teraz jest Smolińska, jak i ja. Ojciec pochodzi z Ternopolszczyzny. Ja urodziłem się już tutaj w 1946 roku. Nasz dom stał na ulicy Tatarskiej za uniwermagiem ( duży sklep wielobranżowy – red.). To była mała niebieska chatka niedaleko cmentarza.

Zwracam się do Jerzego Poźniaka:

Gdzie tak dobrze nauczył się pan rozmawiać po rosyjsku, rodzice nauczyli?

– Nie, w szkole. Przez półtora roku mieliśmy niemiecki, a potem przyjechał nauczyciel z Rosji i zaczęliśmy się uczyć rosyjskiego. Przez wiele lat uczenie się rosyjskiego było w Polsce obowiązkowe.

Ma pan może jakąś pamiątkę rodzinną z Berezy?

– Nie, podczas wojny w nasz dom trafił pocisk i dom, wybudowany jeszcze przez pradziadka spłonął. Mama, wówczas jako 14 -latka, pracowała w niemieckiej komendaturze, dzięki temu udało się dogadać w sprawie wyrębu drzew w lesie, aby zbudować nowy dom. Tym zajmował się już dziadek. Pracował nawet za konia, sam targając z lasu bierwiona. Moja babcia przywiozła ze sobą typowy strój nowosiołkowski, potem jednak pożyczyła go komuś ze szkoły i strój zaginął.

Sześcioro mężczyzn głośno gadają, przerywając jeden drugiemu, każdy, włącznie z Serbami łużyckimi, chce opowiedzieć własną historię i co jakiś czas wznoszą toasty: za spotkanie, za nowych znajomych i za przyjaźń.

Też wyjmuję butelkę pieskowskiej wódki. Na twarzach dostrzegam zdziwienie i ciekawość. Zasypują mnie pytaniami o naszej gorzelni.

Życie czasem sprawia niespodziewane figle. Niemcy, wysiedleni z Ochli i innych okolicznych miejscowości, odczuwając nostalgię, też zaczęli tu przyjeżdżać, żeby zobaczyć swoje domy i ziemię, żeby się smucić i powspominać.

– Na pierwsze spotkanie byłych mieszkańców Ochli z nami przyjechało około 200 ludzi – opowiada Tadeusz Chrystowicz. – Nawet potrafiliśmy się z nimi zaprzyjaźnić. Przecież oni, podobnie jak my, musieli opuścić rodzinne strony. Jesteśmy więc w podobnej sytuacji. Raz do roku na miejscowym cmentarzu, gdzie znajdują się groby ich przodków, organizujemy ekumeniczne spotkania. Ekumeniczne, gdyż są protestantami, a my – katolikami.

Cmentarz w Ochli. Nazwiska na nagrobkach są takie same jakie mają współcześni mieszkańcy Berezy

Cmentarz w Ochli. Nazwiska na nagrobkach są takie same, jakie mają współcześni mieszkańcy Berezy i Prużany

Dopiero z nadejściem wieczoru udało nam się opuścić gościnną altankę. Zdążyliśmy jeszcze na miejscowy cmentarz. Jest on podzielony na dwie części. Jedna to łąka, w centrum której stoi obelisk otoczony kilkoma ocalałymi nagrobkami niemieckimi. Ocalałymi, gdyż w latach 1960-80 ten cmentarz został zburzony. Do obelisku, upamiętniającego byłą nekropolię, dzisiaj przyjeżdżają potomkowie Niemców z Ochli. Druga część cmentarza jest nowa – otwarta przez repatriantów po wojnie. Około 80. proc. nazwisk na nagrobkach – takie same, jakie noszą ludzie w Berezie i Prużanie: Bortnowski, Uglik, Olichwier, Radczyc, Miziewicz, Malecki, Stacewicz, Bielewicz, Jakuszyk, Marczenia, Bilibuch, Radziwonski, Szydłowski, Powchowicz, Wojciechowski, Witkowski, Czyż, Brodko, Chocianowski, Bogusz, Towpik, Jankowski, Poźniak…

Późnym wieczorem, pokonując 70 kilometrów, docieramy do wsi Białków, jemy kolację u farmera, a jednocześnie miejscowego sołtysa Eugeniusza Niparki. Pan Eugeniusz jawi się nam w porządnym białym kożuchu dawnej roboty. Specjalnie go włożył, żeby się pochwalić. Kożuch dostał w spadku od ojca. Jest to autentyczny wyrób, pochodzący z dalekiej małej ojczyzny i będący teraz relikwią rodzinną. W czasie, gdy pani Joanna, żona pana Eugeniusza, nakrywa do stołu, mamy czas na rozmowę.

Sołtys Białkowa Eugeniusz Niparko w kożuchu poleskim odziedziczonym po ojcu

Sołtys Białkowa Eugeniusz Niparko w kożuchu poleskim, który dostał w spadku po ojcu

– Moi rodzice mieszkali na chutorze koło wsi Michnowicze – opowiada gospodarz. – Mieli około 20 hektarów ziemi. Dziadek dwa razy jeździł do Ameryki i na zarobione tam pieniądze kupował ziemię. Zaledwie przez kilka lat mieszkali na tym chutorze do 1939 roku. Kiedy z ojcem odwiedzaliśmy rodzinne strony, on pokazywał mi miejsce, gdzie stał dom. Wówczas było tam kołchozowe pole z żytem.

A jak tutaj przydzielano wam domy?

– Sami wybieraliśmy, kto gdzie chciał się osiedlić. Jechaliśmy pociągiem przez Warszawę, Poznań. Z Poznania można było jechać prosto, albo skręcić w prawo bądź w lewo.
W pociągu był leśniczy, który miał niemieckie mapy. Spojrzał na mapę – zielonym kolorem w kierunku prostym zaznaczony był las. Pojedziemy do lasu – tam przeżyjemy. Dojechali do dużej stacji Rzepin, a stamtąd do Cybinki. W Cybince skończyły się tory i wszystkim kazano wysiadać z pociągu. Odczepiono parowóz. Ludzie jednak jeszcze przez kilka dni siedzieli w wagonach, nie chcieli tu wysiadać. Spodziewali się, że do wagonów doczepią jakiś inny parowóz, który zaciągnie je w lepsze miejsce. Tam gdzie stali było pustkowie, ale w końcu musieli wysiąść. Okazało się, że ziemia tutaj jest lepsza, niż w Michnowiczach.

Tablica przy Domu Poleskim w Białkowie, przypominająca o pochodzeniu miejscowych mieszkańców.

Tablica przy Domu Poleskim w Białkowie, przypominająca o pochodzeniu miejscowych mieszkańców.

Nocowaliśmy w Domu Poleskim – odpowiednik wiejskiego domu kultury na Białorusi – ale skoro wszyscy w Białkowie są z Polesia, to i dom się nazywa „Poleski”. Na piętrze w budynku są pokoje hotelowe, na parterze – Muzeum Polesia i kilka pomieszczeń, przeznaczonych do różnych celów. Z jednego z pomieszczeń donosi się dyskotekowa muzyka – ktoś z miejscowej młodzieży hucznie świętuje ukończenie osiemnastu lat.

Po obudzeniu się udajemy się do Muzeum Polesia. Jest z nami pan Eugeniusz oraz prezes miejscowego Stowarzyszenia Miłośników Polesia i Białkowa Maria Dobryniewska z domu Weriszko, której rodzice pochodzą ze wsi Petelewo.

muzeum_w_Bialkowie_1

W Muzeum Poleskim w Białkowie

W muzeum robi wrażenie zbiór książek o Polesiu, dokumentów, zdjęć i eksponatów, z których wiele nie spotykałem nawet w naszych białoruskich muzeach. Oto kalosze, wykonane przez jakiegoś „złotą rączkę” z opony autobusa – w trudnych powojennych czasach wielu miało takie. Oto garnuszek odlany przez innego mistrza z metalu, pochodzącego z zestrzelonego samolotu! Gilotyna do cięcia tytoniu. Dwa egzemplarze prawa jazdy – do kierowania autem i rowerem (!), wydane w Brześciu Litewskim na początku lat 30.minionego stulecia na imię Romana Sienkiewicza. Szczegółowy plan działek ziemi we wsi Petelewo. Tutaj znajduję też galerię portretową sołtysów Białkowa z okresu powojennego, wszyscy byli nasi – z Berezy.

IMG_8016

Zdjęcia Poleszuków – obecnie mieszkańców Białkowa – w miejscowym muzeum

Przy Domu Poleskim jest zbudowana drewniana scena, ogromna stodoła i mniejszy chlew. W obu budynkach jest zgromadzona kolekcja narzędzi rolnych, poczynając od trzepaczek do lnu i na furmankach kończąc – wszystko przywieziono tu z Berezy i okolic. Trochę dalej leży kamień młyński od wiatraka.

Chcę tu przywieźć jeszcze autentyczną chatę z Polesia, – dzieli się planami pan Eugeniusz.

Może spod Białegostoku pan sprowadzi, bo podobne są i prościej by było – proponuję mu prostsze rozwiązanie.

– Przecież Poleszczucy jesteśmy i nie szukamy łatwych dróg, – chytrze mruży oko rozmówca.

Cóż zgodzę się z nim.

tablica informująca, że tu znajduje się rodzinne gospodarstwo rolne małżeństwa Niparko

tablica informująca, że tu znajduje się rodzinne gospodarstwo rolne małżeństwa Niparko i mieszka sołtys Białkowa

Eugeniusz mieszka w solidnym domu niemieckim (stąd także obecnie – zaledwie 7 kilometrów do granicy z Niemcami) z kamienia, dekorowanym wymyślnymi elementami architektonicznymi. Ma 200 hektarów ziemi. Na ulicy przy bramie stoi tablica informująca, że tu znajduje się „Gospodarstwo rolne Joanny i Eugeniusza Niparko”, a obok – tabliczka „Sołtys”. Na bramie wisi napis z ostrzeżeniem, świadczący o poczuciu humoru gospodarza: „Uwaga! Osobom niepożądanym (inspektorom i kontrolerom wszelakim) wstęp na teren rodzinnego gospodarstwa rolnego bez mojej zgody jest kategorycznie zabroniony. Art.23 Konstytucji RP. Eugeniusz Niparko”.

Na pamiątkę o gościnnym Białkowie bierzemy ze sobą płytkę z nagraniem miejscowego zespołu folklorystycznego „Kryniczeńka” z piosenkami poleskimi, szalik kibiców miejscowej drużyny piłkarskiej „Polesie” i dwie butelki poleskiego bimbru.”

cdn.

Mikołaj Sienkiewicz, Bereza –

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *